Czasopismo aptekarskie listopad 2005
Wielu z nas aptekarzy, kupując lub zakładając swoją pierwszą aptekę, nie bierze pod uwagę faktu, że kiedyś będzie musiał ją sprzedać. „Tempus fugit” i nawet nie zdążymy się zorientować, kiedy będziemy musieli podjąć taką właśnie życiową decyzję.
Najprostszym rozwiązaniem byłoby wydzierżawienie swojej placówki innemu farmaceucie. Niestety taki obyczaj u nas nie istnieje, chociaż znany był do momentu przejęcia aptek na własność państwa (ustawa z 8 stycznia 1951 roku).
Pozostaje sprzedaż apteki, lub zatrudnienie oddanego oraz pracowitego mgr. farmacji na stanowisko kierownika. Myślę, ze warto zadać sobie pytanie, co decyduje oraz staje się poważnym argumentem wówczas, gdy podejmujemy decyzję o jej sprzedaży. Wszyscy je znamy - to przede wszystkim przepisy prawne, które nie traktują aptek, jako placówek szczególnie chronionych ustawowo przed korupcją, cwaniactwem z racji ich działalności dotyczącej dyspensowania leków.
Nie istnieją przepisy dotyczące rozmieszczenia aptek, oraz odległości jednej od drugiej. Określa się jedynie, ile aptek może posiadać jeden właściciel. Efektem tego jest traktowanie aptek, jak sklepów z lekami, a co zatem idzie wprowadza się konkurencję handlową, która doprowadza do wzajemnego „wykańczania się” aptek miedzy sobą.
Jesteśmy krajem należącym do Unii, a jednak nie potrafimy wprowadzić praw obowiązujących w większości z tych krajów. Dają one gwarancję prawidłowej ich działalności opartej na wiedzy, koleżeńskości, uczciwości, gdzie metraż aptek jest bardzo zróżnicowany, od małych i średnich, po duże i wielkie włącznie. W zamian zaoferowano nam bałagan, który znamy z autopsji.
Doprowadzono do tego, że szereg aptek bankrutuje i wcale nie dlatego, że są źle prowadzone, tylko dlatego, że jest ich za dużo, bo powstają wszędzie, gdzie jest wolny lokal i niestety niejednokrotnie są otwierane przez nieodpowiedzialnych ludzi. A przecież pojemność rynkowa jest ograniczona, a jej wyznacznikiem jest nie tylko ilość aptek, ale także liczba ludności i stopień jej zamożności.
Nie istnieją także żadne możliwości, by poznać przyszłego właściciela apteki. Nikogo ten istotny prawnie fakt nie obchodzi, ważne by był kierownik. Dlatego mamy „sąsiadów”, którzy oszukują pacjentów, ze dysponują ;lekami tylko w bardzo niskich cenach, sprzedają leki za grosz, dyskryminując je wartościowo w oczach społeczeństwa, prowokując do robienia zapasów i handlu tymi preparatami na publicznych targowiskach oraz do sprzedaży w internecie leków, które można nabyć jedynie na receptę.
Co jakiś czas prasa donosi o powiązaniach pomiędzy właścicielami aptek, a lekarzami, którzy wchodząc we wzajemne układy, dzielą się zyskami pochodzącymi ze zrealizowanych bardzo drogich fikcyjnych recept. Wiedza społeczna na temat sytuacji ekonomicznej aptek oparta jest w zasadzie tylko na obserwacji. Skoro ich tyle powstaje, to znaczy, że są wysoko dochodowe. Nikt nie dementuje tych opinii, a kontakt ze społeczeństwem jest prawie równy zeru. Dlatego też, kto tylko ma pieniądze chce je wydać na kupno apteki, tylko nikt im nie mówi tego, że im więcej będzie aptek, tym mniejsze będą obroty.
Powstają firmy trudniące się sprzedażą aptek, lub też skupem tych zadłużonych, pośredników prowadzących transakcje w imieniu nieznanych, ale bogatych ludzi. Na takich operacjach można dużo zarobić, np. pośrednik bierze do 20 % wartości danej apteki.
Powstają utajnione sieci aptek, których właścicielami są nie tylko hurtownie farmaceutyczne, ale także indywidualne osoby, które nie chcą, by ten fakt był powszechnie znany. Dlatego dotarcie do nich jest bardzo trudne. Apteki będące w konkretnych sieciach są zobligowane do udzielania błędnych informacji chroniących zarówno właściciela, jak i jego sieć. Także niektórzy aptekarze trudnią się tym procederem, kupując je pozornie na siebie, ale za duże profity wdzięcznościowe. Trzeba dobrze analizować każdą wypowiedź, sprawdzać fakty, by nie doprowadzić do tego, że poprzez sprzedaż apteki wpada się w jeszcze większe długi, niż się ma.
Zatem kwitnie zakamuflowany handel aptekami. Oficjalnie nie ma problemu i go nie będzie dopóty, dopóki nie zmieni się systemu otwierania, czy kupowania aptek na taki, który będzie jasny i klarowny. Aż dziw bierze, że jeszcze nie odkryto aptek handlujących narkotykami, czy tez „piorących brudne pieniądze”.
Powstawanie aptek na terenie przychodni, to bardzo trudny i poważny problem dla aptek już istniejących w jej sąsiedztwie. Najgorsze, co może spotkać istniejącą już aptekę, to bierność władz farmaceutycznych, gdyż to właśnie one, jako jedni z pierwszych, dowiadują się o projekcie powstania kolejnej nowej apteki i to w miejscu niebezpiecznym strategicznie dla innych aptek. Siedzą jednak cicho, no bo cóż może ich obchodzić zagrożenie bytu pozostałych. Ich milczenie nie daje żadnej szansy podjęcia jakiegokolwiek działania, zmierzającego do zmiany takiej decyzji. Z własnego doświadczenia wiem, że informacja, którą otrzymałam w porę, dwukrotnie dała mi szansę zmiany decyzji lokalizacyjnej.
Oczywiście każdy prowadzący tzw. działalność gospodarczą ma prawo do samodzielnego podejmowania decyzji, jednak sądzę, a nawet jestem pewna, że skutki takiego działania nie powinny mieć negatywnych efektów dla innej, działającej także samorządnie placówki, powodując, że w najlepszym przypadku, apteka w sąsiedztwie przychodni, w której zlokalizowano nową aptekę, będzie wegetowała, o ile w ogóle nie zbankrutuje. Zasada „wolność Tomku w swoim domku” położyła już nie jedną aptekę.
Ci, którzy sądzą, że można sprzedać aptekę znajdującą się w sąsiedztwie apteki w przychodni, są w wielkim błędzie. Nie istnieją tacy ryzykanci.
Już wielokrotnie pisałam o degradacji w prawie farmaceutycznym, właściciela aptekarza, oraz o tym, ze ograniczono nam, i to bez istotnych przyczyn prawo do samodzielnego prowadzenia apteki uzależniając go od wieku aptekarza. Traktując nas, jako ludzi niepełnosprawnych psychicznie i fizycznie. Wśród wszystkich medycznych zawodów, tylko aptekarze maja takie „przywileje”. Jeżeli lekarz w wieku zaawansowanym może leczyć i operować, może prowadzić własny gabinet, a więc decydować o zdrowiu pacjenta, to dlaczego aptekarz ze specjalizacją I i II stopnia, tytułem naukowym i wieloletnią praktyką, szkolący stażystów, nie może prowadzić apteki i to własnej?.
To kuriozalne zjawisko nigdzie poza naszym krajem nie jest znane. W naszym ustawodawstwie nie istnieje podział na apteki, których właścicielami są aptekarze oraz na tych, którzy nimi nie są. Nastąpiła równość, którą boleśnie odczuwamy w kontaktach z tzw. władzą farmaceutyczną. Pisma, które otrzymujemy są pełne odwołań do paragrafów, a słowa nakazu, zakazu, polecenia, są w nich najczęstszymi sformułowaniami. Rozumiem, że władza powinna „podpierać się” używając paragrafów. Jednak, tak się nam przynajmniej wydaje się, żyjemy już w innych czasach - podobno bardziej demokratycznych, bardziej ludzkich. Tymczasem nadal „ciarki przechodzą”, gdy czyta się tak sformułowane pisma. Wygląda więc na to, ze w opinii władz farmaceutycznych, jeżeli nie postraszy się właściciela apteki paragrafami i „mrożącymi krew w żyłach” skutkami niewykonania polecenia, to właściciel apteki gotów jest nie respektować tych poleceń.
W kontaktach służbowych z właścicielami aptek nie istnieje obyczaj wcześniejszego kontaktu telefonicznego, by porozumieć się z nim w nagłej sprawie, czy to w celu jej wyjaśnienia, poprzez poznanie stanowiska właściciela apteki.
W państwie demokratycznym wydaje się nie do pomyślenia, by bez wcześniejszego telefonicznego kontaktu z właścicielem w sprawie np. obsady kierownika apteki, wysyłać mu faks nakazujący natychmiastowe zamknięcie apteki. Czytając treść takiego faksu, rodzaj użytych sformułowań, naraża się właściciela na zawał serca, lub wylew. Doprawdy trudno jest znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla takiej formy postępowania władz, bez uprzedniego kontaktu telefonicznego i zapytania go, co się stało.
Jestem daleka od prawienia morałów, ale nasuwa się tylko jedna myśl. Oczywiście prawo należy przestrzegać, ale nie wolno podejmować tak drastycznej decyzji bez uprzedniej rozmowy z zainteresowanymi stronami, czyli z osobami posiadającymi koncesję. Nakaz zamknięcia apteki, to przecież bardzo poważna sprawa, jest to bowiem zakład realizujący społeczne oczekiwania dotyczące zaopatrzenia w leki, pełni usługi farmaceutyczne, posiada zobowiązania, nie tylko zdrowotne, wynikające z koncesji, ale także z kontraktów z hurtowniami i urzędami państwowymi. Ciekawa jestem, jak poczuliby się inspektorzy otrzymawszy tego rodzaju faks, sformułowany w taki właśnie sposób, z którego wynikałoby, ze zostali natychmiast zwolnieni z powodów, których nawet nie byli świadomi, ponieważ nikt ich nawet o tym nie poinformował?. Może właśnie dopiero wówczas zrozumieli by znaczenie słów życzliwość, zrozumienie, a być może pomoc.
Jestem pewna, ze jeżeli sami nie będziemy się szanowali, to nie można wymagać od innych traktowania nas z szacunkiem. Informacja o treści faksu dotarła nawet do N.F.Z. - co jest klasycznym sposobem na poderwanie autorytetu aptekarzowi z wieloletnim stażem. Komu na tym zależy?. Niestety, to jest smutne i bardzo przykre.
Radca prawny O.I.A. w Katowicach, mec. Krystian Szulc, przedstawił wykładnię prawną dotyczącą uprawnień kierownika apteki („Apothecarius” Śląskie Forum Farmaceutyczne No 8 Rok XIV z dnia 15 września 2005 str. 80). Porównując te uprawnienia z kodeksem pracy (Dz.U. z 1998 No 21 poz. 94 ze zmianami) oraz z prawem farmaceutycznym (Dz. U. z 2004 No 53 poz. 533 ze zmianami) dokonał takiego oto resumer:
Warto zapoznać się z treścią owego artykułu, z którego fragment przytaczam:
„ ...... należy stwierdzić, ze bez wyraźnego upoważnienia dla kierownika apteki do dokonywania czynności za pracodawcę w rozumieniu prawa pracy jest on normalnym pracownikiem z wyznaczonymi specjalnymi uprawnieniami opisanymi w ustawie prawo farmaceutyczne”
Kim są kandydaci na przyszłych kierowników aptek?. Są to przede wszystkim osoby posiadające wyższe wykształcenie farmaceutyczne, dzięki czemu posiadają przygotowanie do wykonywania zawodu aptekarza, co nie jest jednoznaczne z pełnieniem funkcji kierownika apteki. Powinien ukończyć odpowiedni kurs.
„.. dla wysokiej kasy, chętnie poprowadzę aptekę, a nawet zmienię miejsce zamieszkania”
albo
„ Poprowadzę aptekę, wystawiam faktury Vat”
- to odpowiedzi internetowe na ogłoszenie o zatrudnieniu kierownika apteki. Kiedy rozmawia się z niektórymi z nich na temat oczekiwań właściciela dotyczących zakresu ich pracy, możliwości wprowadzenia zmian - to pojawia się zaskoczenie. Wynika ono z faktu, że tak naprawdę niektórzy nie są przygotowani na takie pytania, a więc do wykonywania pracy w aptece na stanowisku kierownika, a jedynie do jej reprezentowania sensu stricto i to bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji i przy odpowiednio wysokim wynagrodzeniu. Ich znajomość praw ekonomicznych tak podstawowych dla każdej firmy jest bardzo skromna. Braki te najczęściej nadrabiają pewnością siebie, jaka emanuje z ich wypowiedzi, bo przecież apteka MUSI mieć kierownika. Po 50-ciu latach pracy w zawodzie i obserwacji środowiska aptekarskiego, mogę śmiało stwierdzić, że niestety niektórym brak jest zupełnie pokory wobec ogromu wiedzy jaką należy sobie przyswoić, w tym praktycznego wykonawstwa i to na każdym stanowisku.
Większość kandydatów niestety nie jest świadomych tego, że jakość ich pracy będzie rzutowała na efekty zarówno fachowe, jak i ekonomiczne apteki. Dlatego uważam, że trzy lub pięć lat stażu w aptece wcale nie oznacza, że kandydat posiada wiedzę na poziomie wystarczającym do pełnienia funkcji kierownika apteki.
Jak dziś pamiętam swoją pierwszą pracę, kiedy podziwiałam umiejętności zawodowe swoich starszych Koleżanek i Kolegów, którzy bez zawiści, czy zazdrości przekazywali mi to, co umieli. Jestem im wdzięczna za to, ze chcieli mnie nauczyć praktycznego wykonywania zawodu i byli w tym konsekwentni.
Myślę, że to właśnie ich zasługą było uzyskanie w 2004 roku dyplomu Czasopisma Aptekarskiego „Za wzorową realizację zasad dobrej praktyki aptecznej”. Znalazłam się także na liście kandydatów na posłów R.P. w 2005 roku, wytypowanych przez środowisko aptekarskie w kraju.
autor: dr Lidia Czajka