2007-02-24 12:14
 Oceń wpis
   

Szukam technika farmaceutycznego do pracy w aptece w Katowicach.

Kontakt: biuro@apteka-teriak.pl

kategoria: Praca


2007-02-24 12:13
 Oceń wpis
   

Szukamy mgr farmacji oraz kierownika apteki w Katowicach. Kontakt: biuro@apteka-teriak.pl

 

 

kategoria: Praca


2006-12-25 12:07
 Oceń wpis
   
Współpraca aptek z Inspektoratami Nadzorów Farmaceutycznych, Narodowego Funduszu Zdrowia oraz z hurtowniami farmaceutycznymi.

Każdy z nas, właścicieli aptek, posiada wyrobioną opinię na temat owych kontroli, każdy też wie, z jaką hurtownią chce współpracować, a z jaką nie.

Oczywistym jest, że apteki z racji swego działania muszą przestrzegać prawa oraz kierować się nie tylko wyuczoną wiedzą i ją pogłębiać oraz opierać się na Farmakopeach stanowiących dokumenty prawne z dziedziny farmacji stosowanej. Pracujemy przecież na rzecz zdrowia i dobra chorego. Z tego też tytułu szereg czynności aptecznych ujętych jest w ustawach oraz zarządzeniach. Sęk jednak w tym, że nasze przepisy prawne są nie tylko niespójne w treści, a co najgorsze nieraz tak sprecyzowane, że można je różnie interpretować. Wiele też przepisów nie jest modernizowanych, stąd nie odpowiadają one aktualnym potrzebom. Dotyczy to m.in. receptury aptecznej, np. „Rozporządzenie Min. Zdr. W sprawie wykazu leków, które mogą być traktowane, jako surowce farmaceutyczne…” jest z dnia 24.04.2003r (Dz.U.No 90 poz 855)). Od tego czasu, wykaz ten nie został zweryfikowany. Moim zdaniem, winien być corocznie uzupełniany. Np. od pewnego czasu 3% roztwór kwasu bornego jest produkowany przez producenta pod nazwą „Borasol”. A jednak nie może zostać użyty do wykonywania leków recepturowych z opłatą ryczałtową, gdyż nie istnieje w wykazach. Podobnych przykładów - anomalii jest kilka.

W tym właśnie świetle, niezmiernie istotnym stają się tzw. predyspozycje kontrolujących inspektorów. W pojęciu wielu z nas winny to być osoby, których kontakt z kontrolowanymi przejawia się w godnym postępowaniu oraz obustronnym szacunku. Co to oznacza? To przede wszystkimi bezstronna ocena stanu faktycznego, oparta właśnie na wiedzy zawodowej, dyskusji merytorycznej, przeproszenie, jeśli kontrolujący popełni błąd. Kryteria oceny powinny być prawdziwe, jasne i przejrzyste. Szereg przecież spraw wygląda inaczej w teorii, a inaczej w praktyce. Zajmowanie się tzw. nieistotnymi detalami, to niestety domena tych inspektorów, którzy tak naprawdę nie bardzo pamiętają pracę w aptece. Nie jest szczęśliwym rozwiązaniem wywieranie na właścicielu apteki „rozbiórki” nowej podłogi, obniżanie jej poziomu, gdyż brakuje dosłownie paru centymetrów do opisanej w przepisach wysokości lokalu. To są ogromne kwoty niewspółmierne do celu.

Innym przykładem jest „foliowanie” tapczanów, domyślam się, że pewno stojących dyżurkach. Na takim tapczanie zapewnione jest „murowane”, zdrowe spanie, czy siedzenie.
Zastanawiam się także, dlaczego kupowany przez szereg aptek taki sprzęt jak ciśnieniomierze lub wagi, które są drogimi aparatami ma być bezpłatnie użytkowane przez pacjentów. ... wpisane do działalności gospodarczej takie działanie jest uwzględnione. Gdzie zatem istnieje taki przepis? Przez kogo i za czyje pieniądze ma być ów sprzęt konserwowany oraz kupowany specjalistyczny papier? Czy aby owe decyzje z połowy 20-tego wieku nie zostały „przeniesione” w obecną rzeczywistość?

Podobnych przykładów można by przytaczać wiele, ot choćby tendencyjne, złośliwe, wybiórcze fotografowanie elementów lokalu aptecznego i to bez wiedzy właścicieli, czy też przysyłanie pism w sprawie zweryfikowania treści protokołu, podpisanego kilkadziesiąt dni wcześniej o zdarzeniu niezgodnym z ówczesną rzeczywistością.

Donoszenie na swoich kolegów właścicieli aptek do Inspektorów NFZu, nie najlepiej świadczy o konkretnym inspektorze. Trudno naiwnie sądzić, że nikt się o tym nie dowie. Wszystko bowiem staje się jasne od pierwszych chwil kontroli. Inspektorzy bowiem, wiedzą dokładnie, „czym się powinni zająć”! I to nie jest tzw. zbieg okoliczności. „Owocuje” bowiem kosztami „nienależnej refundacji” nie tylko w konkretnej aptece, ale w kilku następnych, które kontroluje się w późniejszym terminie. Brawo! Tym sposobem podrywa się autorytet inspektoratu farmaceutycznego w kraju – instytucji, która powinna cieszyć się aptekarskim zaufaniem.

Myślę także, że niektóre uwagi pokontrolne mają charakter dyskusyjny. Gdyby np. zwrócono się do autorytetów w dziedzinie farmacji stosowanej – kto wie, jaki byłby werdykt. Przy okazji warto także dokonać porównań np. z lekarzami. W jaki sposób kształtuje się współpraca między nimi. Otóż żaden nie wystąpi przeciw koledze nawet wówczas, kiedy ten jest winien, oficjalnie też stanowią jednolitą grupę zawodową. U nas niestety nie istnieje solidarność zawodowa, a zniszczenie apteki w świetle ułomnego prawa farmaceutycznego, to „godny cel” niektórych „farmaceutów - inspektorów”. Ja osobiście im „gratuluję”.

Cały pion produkcyjno-dystrybucyjny środków farmaceutycznych, począwszy od producenta, poprzez hurtownie farmaceutyczne, do aptek włącznie, działa w granicach prawnych kompetencji, z których wynika, że apteka zamawiająca w hurtowni jakiś surowiec farmaceutyczny, musi być pewna, że posiada on kwalifikacje, atest, czy zezwolenie dopuszczenia do sprzedaży, jako surowiec farmaceutyczny.

Nie istnieje taki wymóg prawny, zobowiązujący apteki do posiadania takich dokumentów. A jednak kontrole NFZ uważają, że apteki powinny je posiadać. Dochodzi zatem do dziwnej sytuacji. W trakcie kontroli wysyłane są pisma do producenta, jak też hurtowni z zapytaniem, czy konkretny surowiec użyty do wykonania recepty posiada wymagane dokumenty kwalifikujący go do konkretnej grupy tj. surowca farmaceutycznego lub gotowego specyfiku. Jeżeli okaże się, że nie został zaliczony do pierwszej grupy, wówczas inspektorzy NFZ zaliczają wartość konkretnej recepty do zwrotu, jako „nienależną refundację”. Zachodzi pytanie, dlaczego karze się aptekę, a nie hurtownię, w ten sposób właściciel apteki ponosi duże straty wynikające z tego, że:
- pacjentowi wykonano lek robiony za 5zł,
- wartość recepty zabiera mu NFZ,
- poniósł cały szereg strat finansowych, związanych z utrzymaniem czystości izby recepturowej oraz loży z nawiewem laminarnym,
- zrobiony lek zapakował w sterylne opakowanie recepturowe,
- stracił marże.

Warto też wspomnieć o kwotach związanych ze zużyciem prądu, wody, gazu, wypłaconymi poborami. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że finansowe karanie apteki, to duże źródło dochodu NFZ. Nic też dziwnego, że nie istnieją inne kryteria ocen pokontrolnych typu upomnienie, nagany. Nienależna refundacja, to cała wartość recepty, a nie jakaś ustalona jej część. To także argument na to, jak specyficznie jesteśmy traktowani. Nie stosuje się takich kryteriów w stosunku do lekarzy, którzy nieprawidłowo, lub nieczytelnie wypisują recepty.

Staliśmy się przysłowiowymi „chłopcem do bicia”. Tylko, czy tak powinno być?
Tzw. ugoda na spłacenie „nienależnej refundacji” zawierana między „dłużnikiem”, a NFZ tylko z nazwy jest ugodą i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Można oczywiście pisać do konkretnego dyrektora, wyjaśnić swoją sytuację finansową, prosić o inne, niż podane przez NFZ wysokości spłacanych rat oraz dłuższe terminy. To także nic nie oznacza, nie jesteśmy nawet pewni, czy nasze pisma trafiają do osoby, do której piszemy. Apteka zostaje telefonicznie pouczone, że tylko podane przez NFZ terminy spłat oraz wysokości rat są do przyjęcia. Po co zatem wyznacza się 14-sto dniowy termin odpowiedzi dotyczącej decyzji NFZ? W ten sposób podpisuje się tzw. ugodę. Pisać sobie oczywiście można, proponować także, ale racja jest tylko jedna, niestety nie uwzględniająca sytuacji finansowej „dłużnika”. Wprost nie chce się wierzyć, że tak jest.

Cofnijmy się do lat dziewięćdziesiątych ub. Wieku, kiedy to u nas w kraju zaczęły funkcjonować apteki prywatne ,odkupywane od PZF Cefarm. Jednocześnie powstawały hurtownie farmaceutyczne, a nasi koledzy farmaceuci rozpoczęli swą działalność gospodarczą w piwnicach, w parterach domów jednorodzinnych, magazynach aptecznych itp. miejscach.

Od tego czasu minęło kilkanaście lat, w okresie których powstawały piękne, nowoczesne gmachy administracyjne tychże hurtowni, oraz magazyny wyposażone w wysokiej klasy urządzenia oraz aparaty. Niektóre z tych hurtowni uruchamiały swoje apteki, kupowały już istniejące sieci aptek lub zakładały filie w kraju. Dla aptek pocefarmowskich stawały się przez swą poszerzoną „działalność” konkurencyjne, wpływając bardzo negatywnie na ich obroty. Stopniowo też zmieniały swój styl pracy w stosunku do nich, a więc tych aptek dzięki współpracy, z którymi wzrastały im zyski i mogły sobie pozwolić na wspomniane inwestycje. Apteki pocefarmowskie nie posiadały takich szans. Jak się wydaje powodów było kilka. Najważniejszy z nich to brak zawodowej konsolidacji, nie analizowanie od początku sytuacji oraz przyczyn powiększającej się w szybkim tempie sieci aptek.

To nie Prawo Farmaceutyczne z 2001 roku wprowadziło tzw. wolną amerykankę umożliwiającą powstawanie kolejnych aptek, ono tylko beztrosko zaakceptowało istniejące fakty. Z ekonomicznego punktu widzenia, apteki zawsze były traktowane, i są nadal nieco inaczej. Ewenementem jest fakt, że marża hurtowa zawsze była u nas w kraju wyższa niż detaliczna, a więc odwrotnie, jak na tzw. zachodzie.

Jak już wspomniałam apteki „po-cefarmowskie” od samego początku współpracowały ze wspomnianymi hurtowniami, u nich także zaopatrywano się w cały asortyment potrzebnych leków, płacąc za nie w terminie lub znacznie go wyprzedzając. Niestety dynamicznie rozwijająca się sieć apteczna w kraju dawno przekroczyła potrzeby społeczne, przyczyniając się do zubożenia już istniejących, i jednocześnie powodując coraz większe trudności związane ze spłatą należnych kwot na sprowadzenie środki farmaceutyczne. Nasze środowisko aptekarskie, może nie we wszystkich miastach, nie zawsze zdaje sobie sprawę z siły solidarności zawodowej. Dlatego tak łatwo jest wciągnąć niektóre apteki w walkę cenową, czy promocje. Ich właściciele w trosce o swoje placówki, idąc „za ciosem”, obniżają ceny i cieszą się, jeśli zaobserwują jakiś, choćby minimalny wzrost sprzedaży, tylko to wcale nie musi oznaczać, że osiągnęliśmy rentowność, czy dochodowość

Marża przecież, to prawnie ustalona wartość, konieczna do prowadzenia działalności gospodarczej w sposób samodzielny i samofinansujący. Powinna zatem pozwolić na opłacanie tzw. kosztów stałych oraz osiągnięcie zysków koniecznych do rozwoju tego typu placówki. Nasze marże są niewielkie, a koszty utrzymania aptek coraz większe. Trudno je zatem jeszcze obniżać.

Zastanawiam się, ile aptek zostało z tego tytułu zlikwidowanych, a ile z nich działa na granicy bankructwa. Obniżenie marży, to w ostatecznym rozliczeniu uniemożliwienie spłaty tzw. kosztów stałych. Także trudności związane ze spłatą należności za leki, pociąga za sobą cały szereg negatywnych działań ze strony hurtowni. Wtedy właśnie ujawnia się prawdziwie oblicze właścicieli hurtowni wobec tych właśnie farmaceutów, z którymi współpracowali od lat. Nie warto się jednak do nich zwracać, gdyż można się bardzo rozczarować. Wielu nawet nie odpowiada samodzielnie na pisma, nie ma także czasu na spotkanie przekazując je do działów windykacyjnych lub kancelarii prawnej. Tak znacznie rozeszły się drogi między właścicielami hurtowni farmaceutycznych, a aptekami po-cefarmowskimi, a między nimi powstał mur niezrozumienia tak naszej sytuacji, jak i własnych win w stosunku do tych aptek. Liczy się tylko pieniądz, dlatego ludzie, którzy są zatrudniani w działach windykacyjnych, to osoby, które widzą tylko daty i wielkość zadłużenia. Nie analizują przyczyn niemożności dokonania tych spłat. Zachowują się tak, jakby nie rozumieli lub nie chcieli zrozumieć sytuacji właścicieli aptek, które nie zawsze ponoszą odpowiedzialność za decyzje różnych władz, a także za niekontrolowane powstawanie aptek.

Niektóre hurtownie wprowadzają dość dyskusyjną formę zamówień na przykład na insulinę. Dostaniemy ją, jeśli podpiszemy umowę na określoną wysokość miesięcznych obrotów. Takie działania nie wymagają komentarzy i są przykładem układów, w których pacjent - jego dobro - traktowane są, jako element przetargu. Cel jest przecież zawsze ten sam - zwiększenie obrotów. Tym sposobem tworzy się kolejne układy apteka-hurtownia.

Inne dotyczą wydawania bardzo wielu leków za grosz, lub w cenach nieosiągalnych przez apteki „bez układów”. Nie łudźmy się, że konkretna apteka „dokłada” do wydawanych w ten sposób leków. To ekonomiczna bzdura. Sam bowiem fakt reklamy wykazów leków z kolosalną dla pacjenta zniżką, „wrzucany” przez listonoszy do skrzynek pocztowych każdego mieszkańca miasta, czy osiedla, lub przez opłacanych w tym celu ludzi, wraz z ilością wydanych leków, to dla poszczególnej, reklamującej się apteki - bardzo duża strata. Kto tę stratę pokrywa, bo cel jest zawsze jeden - wyeliminowanie okolicznych aptek. Pozostawiam rozwiązanie tej zagadki inspektorom.

W świetle opisanych aptekarskich problemów trudno ponownie nie wrócić do roli kierownika apteki, w której właścicielem jest aptekarz. W trakcie kontroli okazuje się, że pełni on funkcję kierowniczą, ale za nic, nie odpowiada. To, że został wymieniony w protokole pokontrolnym nic po prostu nie znaczy. „Nienależną refundację” zwracają właściciele apteki, w tym nawet za wartość recept wykonywanych przez samego kierownika. Jedynie sądownie można dochodzić wyegzekwowania poniesionych strat, co jak wiemy należy do procedur długotrwałych i kosztownych. No, chyba, że ma się szczęście zatrudnić osoby uczciwe i odpowiedzialne.

Mimo naszych chęci nie da się tego „zjawiska” scharakteryzować inaczej, jak „bezprawie w świetle prawa”. Apteka zatrudnia farmaceutę na podstawie „Prawa Farmaceutycznego”, zawierając z nim pisemną umowę, która wraz z zakresem obowiązków stanowi integralną jej część. Tylko, co z tego wynika oprócz wysokich kosztów? Nic, zupełnie nic. Po co zatem ten wydatek? Czy nie należałoby skorzystać z praw unijnych, które nie uwzględniają takich prawnych anomalii? Nie dyskredytują także aptekarzy, którzy ukończyli 70-ty rok życia, są właścicielami apteki i osobami sprawnymi tak fizycznie, jak i psychicznie.

autor: dr Lidia Czajka


2006-12-10 13:21
 Oceń wpis
   
Współpraca aptek z Inspektoratami Nadzorów Farmaceutycznych, Narodowego Funduszu Zdrowia oraz z hurtowniami farmaceutycznymi.

Każdy z nas, właścicieli aptek, posiada wyrobioną opinię na temat owych kontroli, każdy też wie, z jaką hurtownią chce współpracować, a z jaką nie.

Oczywistym jest, że apteki z racji swego działania muszą przestrzegać prawa oraz kierować się nie tylko wyuczoną wiedzą i ją pogłębiać oraz opierać się na Farmakopeach stanowiących dokumenty prawne z dziedziny farmacji stosowanej. Pracujemy przecież na rzecz zdrowia i dobra chorego. Z tego też tytułu szereg czynności aptecznych ujętych jest w ustawach oraz zarządzeniach. Sęk jednak w tym, że nasze przepisy prawne są nie tylko niespójne w treści, a co najgorsze nieraz tak sprecyzowane, że można je różnie interpretować. Wiele też przepisów nie jest modernizowanych, stąd nie odpowiadają one aktualnym potrzebom. Dotyczy to m.in. receptury aptecznej, np. „Rozporządzenie Min. Zdr. W sprawie wykazu leków, które mogą być traktowane, jako surowce farmaceutyczne…” jest z dnia 24.04.2003r (Dz.U.No 90 poz 855)). Od tego czasu, wykaz ten nie został zweryfikowany. Moim zdaniem, winien być corocznie uzupełniany. Np. od pewnego czasu 3% roztwór kwasu bornego jest produkowany przez producenta pod nazwą „Borasol”. A jednak nie może zostać użyty do wykonywania leków recepturowych z opłatą ryczałtową, gdyż nie istnieje w wykazach. Podobnych przykładów - anomalii jest kilka.

W tym właśnie świetle, niezmiernie istotnym stają się tzw. predyspozycje kontrolujących inspektorów. W pojęciu wielu z nas winny to być osoby, których kontakt z kontrolowanymi przejawia się w godnym postępowaniu oraz obustronnym szacunku. Co to oznacza? To przede wszystkimi bezstronna ocena stanu faktycznego, oparta właśnie na wiedzy zawodowej, dyskusji merytorycznej, przeproszenie, jeśli kontrolujący popełni błąd. Kryteria oceny powinny być prawdziwe, jasne i przejrzyste. Szereg przecież spraw wygląda inaczej w teorii, a inaczej w praktyce. Zajmowanie się tzw. nieistotnymi detalami, to niestety domena tych inspektorów, którzy tak naprawdę nie bardzo pamiętają pracę w aptece. Nie jest szczęśliwym rozwiązaniem wywieranie na właścicielu apteki „rozbiórki” nowej podłogi, obniżanie jej poziomu, gdyż brakuje dosłownie paru centymetrów do opisanej w przepisach wysokości lokalu. To są ogromne kwoty niewspółmierne do celu.

Innym przykładem jest „foliowanie” tapczanów, domyślam się, że pewno stojących dyżurkach. Na takim tapczanie zapewnione jest „murowane”, zdrowe spanie, czy siedzenie.
Zastanawiam się także, dlaczego kupowany przez szereg aptek taki sprzęt jak ciśnieniomierze lub wagi, które są drogimi aparatami ma być bezpłatnie użytkowane przez pacjentów. ... wpisane do działalności gospodarczej takie działanie jest uwzględnione. Gdzie zatem istnieje taki przepis? Przez kogo i za czyje pieniądze ma być ów sprzęt konserwowany oraz kupowany specjalistyczny papier? Czy aby owe decyzje z połowy 20-tego wieku nie zostały „przeniesione” w obecną rzeczywistość?

Podobnych przykładów można by przytaczać wiele, ot choćby tendencyjne, złośliwe, wybiórcze fotografowanie elementów lokalu aptecznego i to bez wiedzy właścicieli, czy też przysyłanie pism w sprawie zweryfikowania treści protokołu, podpisanego kilkadziesiąt dni wcześniej o zdarzeniu niezgodnym z ówczesną rzeczywistością.

Donoszenie na swoich kolegów właścicieli aptek do Inspektorów NFZu, nie najlepiej świadczy o konkretnym inspektorze. Trudno naiwnie sądzić, że nikt się o tym nie dowie. Wszystko bowiem staje się jasne od pierwszych chwil kontroli. Inspektorzy bowiem, wiedzą dokładnie, „czym się powinni zająć”! I to nie jest tzw. zbieg okoliczności. „Owocuje” bowiem kosztami „nienależnej refundacji” nie tylko w konkretnej aptece, ale w kilku następnych, które kontroluje się w późniejszym terminie. Brawo! Tym sposobem podrywa się autorytet inspektoratu farmaceutycznego w kraju – instytucji, która powinna cieszyć się aptekarskim zaufaniem.

Myślę także, że niektóre uwagi pokontrolne mają charakter dyskusyjny. Gdyby np. zwrócono się do autorytetów w dziedzinie farmacji stosowanej – kto wie, jaki byłby werdykt. Przy okazji warto także dokonać porównań np. z lekarzami. W jaki sposób kształtuje się współpraca między nimi. Otóż żaden nie wystąpi przeciw koledze nawet wówczas, kiedy ten jest winien, oficjalnie też stanowią jednolitą grupę zawodową. U nas niestety nie istnieje solidarność zawodowa, a zniszczenie apteki w świetle ułomnego prawa farmaceutycznego, to „godny cel” niektórych „farmaceutów - inspektorów”. Ja osobiście im „gratuluję”.

Cały pion produkcyjno-dystrybucyjny środków farmaceutycznych, począwszy od producenta, poprzez hurtownie farmaceutyczne, do aptek włącznie, działa w granicach prawnych kompetencji, z których wynika, że apteka zamawiająca w hurtowni jakiś surowiec farmaceutyczny, musi być pewna, że posiada on kwalifikacje, atest, czy zezwolenie dopuszczenia do sprzedaży, jako surowiec farmaceutyczny.

Nie istnieje taki wymóg prawny, zobowiązujący apteki do posiadania takich dokumentów. A jednak kontrole NFZ uważają, że apteki powinny je posiadać. Dochodzi zatem do dziwnej sytuacji. W trakcie kontroli wysyłane są pisma do producenta, jak też hurtowni z zapytaniem, czy konkretny surowiec użyty do wykonania recepty posiada wymagane dokumenty kwalifikujący go do konkretnej grupy tj. surowca farmaceutycznego lub gotowego specyfiku. Jeżeli okaże się, że nie został zaliczony do pierwszej grupy, wówczas inspektorzy NFZ zaliczają wartość konkretnej recepty do zwrotu, jako „nienależną refundację”. Zachodzi pytanie, dlaczego karze się aptekę, a nie hurtownię, w ten sposób właściciel apteki ponosi duże straty wynikające z tego, że:
- pacjentowi wykonano lek robiony za 5zł,
- wartość recepty zabiera mu NFZ,
- poniósł cały szereg strat finansowych, związanych z utrzymaniem czystości izby recepturowej oraz loży z nawiewem laminarnym,
- zrobiony lek zapakował w sterylne opakowanie recepturowe,
- stracił marże.

Warto też wspomnieć o kwotach związanych ze zużyciem prądu, wody, gazu, wypłaconymi poborami. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że finansowe karanie apteki, to duże źródło dochodu NFZ. Nic też dziwnego, że nie istnieją inne kryteria ocen pokontrolnych typu upomnienie, nagany. Nienależna refundacja, to cała wartość recepty, a nie jakaś ustalona jej część. To także argument na to, jak specyficznie jesteśmy traktowani. Nie stosuje się takich kryteriów w stosunku do lekarzy, którzy nieprawidłowo, lub nieczytelnie wypisują recepty.

Staliśmy się przysłowiowymi „chłopcem do bicia”. Tylko, czy tak powinno być?
Tzw. ugoda na spłacenie „nienależnej refundacji” zawierana między „dłużnikiem”, a NFZ tylko z nazwy jest ugodą i nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Można oczywiście pisać do konkretnego dyrektora, wyjaśnić swoją sytuację finansową, prosić o inne, niż podane przez NFZ wysokości spłacanych rat oraz dłuższe terminy. To także nic nie oznacza, nie jesteśmy nawet pewni, czy nasze pisma trafiają do osoby, do której piszemy. Apteka zostaje telefonicznie pouczone, że tylko podane przez NFZ terminy spłat oraz wysokości rat są do przyjęcia. Po co zatem wyznacza się 14-sto dniowy termin odpowiedzi dotyczącej decyzji NFZ? W ten sposób podpisuje się tzw. ugodę. Pisać sobie oczywiście można, proponować także, ale racja jest tylko jedna, niestety nie uwzględniająca sytuacji finansowej „dłużnika”. Wprost nie chce się wierzyć, że tak jest.

Cofnijmy się do lat dziewięćdziesiątych ub. Wieku, kiedy to u nas w kraju zaczęły funkcjonować apteki prywatne ,odkupywane od PZF Cefarm. Jednocześnie powstawały hurtownie farmaceutyczne, a nasi koledzy farmaceuci rozpoczęli swą działalność gospodarczą w piwnicach, w parterach domów jednorodzinnych, magazynach aptecznych itp. miejscach.

Od tego czasu minęło kilkanaście lat, w okresie których powstawały piękne, nowoczesne gmachy administracyjne tychże hurtowni, oraz magazyny wyposażone w wysokiej klasy urządzenia oraz aparaty. Niektóre z tych hurtowni uruchamiały swoje apteki, kupowały już istniejące sieci aptek lub zakładały filie w kraju. Dla aptek pocefarmowskich stawały się przez swą poszerzoną „działalność” konkurencyjne, wpływając bardzo negatywnie na ich obroty. Stopniowo też zmieniały swój styl pracy w stosunku do nich, a więc tych aptek dzięki współpracy, z którymi wzrastały im zyski i mogły sobie pozwolić na wspomniane inwestycje. Apteki pocefarmowskie nie posiadały takich szans. Jak się wydaje powodów było kilka. Najważniejszy z nich to brak zawodowej konsolidacji, nie analizowanie od początku sytuacji oraz przyczyn powiększającej się w szybkim tempie sieci aptek.

To nie Prawo Farmaceutyczne z 2001 roku wprowadziło tzw. wolną amerykankę umożliwiającą powstawanie kolejnych aptek, ono tylko beztrosko zaakceptowało istniejące fakty. Z ekonomicznego punktu widzenia, apteki zawsze były traktowane, i są nadal nieco inaczej. Ewenementem jest fakt, że marża hurtowa zawsze była u nas w kraju wyższa niż detaliczna, a więc odwrotnie, jak na tzw. zachodzie.

Jak już wspomniałam apteki „po-cefarmowskie” od samego początku współpracowały ze wspomnianymi hurtowniami, u nich także zaopatrywano się w cały asortyment potrzebnych leków, płacąc za nie w terminie lub znacznie go wyprzedzając. Niestety dynamicznie rozwijająca się sieć apteczna w kraju dawno przekroczyła potrzeby społeczne, przyczyniając się do zubożenia już istniejących, i jednocześnie powodując coraz większe trudności związane ze spłatą należnych kwot na sprowadzenie środki farmaceutyczne. Nasze środowisko aptekarskie, może nie we wszystkich miastach, nie zawsze zdaje sobie sprawę z siły solidarności zawodowej. Dlatego tak łatwo jest wciągnąć niektóre apteki w walkę cenową, czy promocje. Ich właściciele w trosce o swoje placówki, idąc „za ciosem”, obniżają ceny i cieszą się, jeśli zaobserwują jakiś, choćby minimalny wzrost sprzedaży, tylko to wcale nie musi oznaczać, że osiągnęliśmy rentowność, czy dochodowość

Marża przecież, to prawnie ustalona wartość, konieczna do prowadzenia działalności gospodarczej w sposób samodzielny i samofinansujący. Powinna zatem pozwolić na opłacanie tzw. kosztów stałych oraz osiągnięcie zysków koniecznych do rozwoju tego typu placówki. Nasze marże są niewielkie, a koszty utrzymania aptek coraz większe. Trudno je zatem jeszcze obniżać.

Zastanawiam się, ile aptek zostało z tego tytułu zlikwidowanych, a ile z nich działa na granicy bankructwa. Obniżenie marży, to w ostatecznym rozliczeniu uniemożliwienie spłaty tzw. kosztów stałych. Także trudności związane ze spłatą należności za leki, pociąga za sobą cały szereg negatywnych działań ze strony hurtowni. Wtedy właśnie ujawnia się prawdziwie oblicze właścicieli hurtowni wobec tych właśnie farmaceutów, z którymi współpracowali od lat. Nie warto się jednak do nich zwracać, gdyż można się bardzo rozczarować. Wielu nawet nie odpowiada samodzielnie na pisma, nie ma także czasu na spotkanie przekazując je do działów windykacyjnych lub kancelarii prawnej. Tak znacznie rozeszły się drogi między właścicielami hurtowni farmaceutycznych, a aptekami po-cefarmowskimi, a między nimi powstał mur niezrozumienia tak naszej sytuacji, jak i własnych win w stosunku do tych aptek. Liczy się tylko pieniądz, dlatego ludzie, którzy są zatrudniani w działach windykacyjnych, to osoby, które widzą tylko daty i wielkość zadłużenia. Nie analizują przyczyn niemożności dokonania tych spłat. Zachowują się tak, jakby nie rozumieli lub nie chcieli zrozumieć sytuacji właścicieli aptek, które nie zawsze ponoszą odpowiedzialność za decyzje różnych władz, a także za niekontrolowane powstawanie aptek.

Niektóre hurtownie wprowadzają dość dyskusyjną formę zamówień na przykład na insulinę. Dostaniemy ją, jeśli podpiszemy umowę na określoną wysokość miesięcznych obrotów. Takie działania nie wymagają komentarzy i są przykładem układów, w których pacjent - jego dobro - traktowane są, jako element przetargu. Cel jest przecież zawsze ten sam - zwiększenie obrotów. Tym sposobem tworzy się kolejne układy apteka-hurtownia.

Inne dotyczą wydawania bardzo wielu leków za grosz, lub w cenach nieosiągalnych przez apteki „bez układów”. Nie łudźmy się, że konkretna apteka „dokłada” do wydawanych w ten sposób leków. To ekonomiczna bzdura. Sam bowiem fakt reklamy wykazów leków z kolosalną dla pacjenta zniżką, „wrzucany” przez listonoszy do skrzynek pocztowych każdego mieszkańca miasta, czy osiedla, lub przez opłacanych w tym celu ludzi, wraz z ilością wydanych leków, to dla poszczególnej, reklamującej się apteki - bardzo duża strata. Kto tę stratę pokrywa, bo cel jest zawsze jeden - wyeliminowanie okolicznych aptek. Pozostawiam rozwiązanie tej zagadki inspektorom.

W świetle opisanych aptekarskich problemów trudno ponownie nie wrócić do roli kierownika apteki, w której właścicielem jest aptekarz. W trakcie kontroli okazuje się, że pełni on funkcję kierowniczą, ale za nic, nie odpowiada. To, że został wymieniony w protokole pokontrolnym nic po prostu nie znaczy. „Nienależną refundację” zwracają właściciele apteki, w tym nawet za wartość recept wykonywanych przez samego kierownika. Jedynie sądownie można dochodzić wyegzekwowania poniesionych strat, co jak wiemy należy do procedur długotrwałych i kosztownych. No, chyba, że ma się szczęście zatrudnić osoby uczciwe i odpowiedzialne.

Mimo naszych chęci nie da się tego „zjawiska” scharakteryzować inaczej, jak „bezprawie w świetle prawa”. Apteka zatrudnia farmaceutę na podstawie „Prawa Farmaceutycznego”, zawierając z nim pisemną umowę, która wraz z zakresem obowiązków stanowi integralną jej część. Tylko, co z tego wynika oprócz wysokich kosztów? Nic, zupełnie nic. Po co zatem ten wydatek? Czy nie należałoby skorzystać z praw unijnych, które nie uwzględniają takich prawnych anomalii? Nie dyskredytują także aptekarzy, którzy ukończyli 70-ty rok życia, są właścicielami apteki i osobami sprawnymi tak fizycznie, jak i psychicznie.

autor: dr Lidia Czajka


2006-12-06 08:44
 Oceń wpis
   
Czasopismo Aptekarskie Nr.1 ( 109 ) ze stycznia 2003 roku, zamieściło rozmowę z prezesem N.R.A, panem mgr farm. Romanem Hechmanem, dotyczącą aktualnej sytuacji aptekarstwa polskiego. Faktycznie, nasza obecna pozycja organizacyjno-prawna, nie jest za ciekawa. Złożyło się na nią wiele nie załatwionych przez dziesięciolecie spraw, które kumulując się , umożliwiły władzom uchwalenie takiej ustawy, jaką mamy obecnie. W tle tej wypowiedzi zostało umieszczone zdjęcie z uroczystości obchodów 10-cio lecia Polskiego Samorządu Aptekarskiego.

Wśród gości z różnych krajów europejskich, widzimy prezesa Grupy Farmaceutycznej Unii Europejskiej, Pana A. O`Shea. Może to sugerować, że obok jubileuszu, nawiązano kontakt z aptekarską organizacją unijną, w celu uzyskania wsparcia w wprowadzeniu „Karty Aptekarstwa Europejskiego” do naszego prawa krajowego. Niestety wywiad z Prezesem N.R.A. nie poruszył tej sprawy, natomiast, jakie obowiązuje nas prawo, wszyscy już wiemy.

Warto w tym miejscu przytoczyć chociaż trzy punkty Karty Aptekarstwa Europejskiego:
„ Aptekarstwo jest wolnym i niezależnym zawodem medycznym, ograniczonym do osób posiadających dyplom akademicki z farmacji, lub jego odpowiednik. Własność aptek powinna być ograniczona do aptekarzy, dla zabezpieczenia finansowej i zawodowej niezależności aptek. Racjonalne rozmieszczenie aptek uwzględniające kryteria demograficzne i geograficzne, stanowią podstawę niezbędną dla wywiązania się aptekarzy z obowiązku wobec społeczeństwa” - Farmaceutyczny kalendarz, rok założenia 1992 str. 5-6. Tłumaczenie i opracowanie dr nauk farm. Jerzy Łazowski.

Należy się dziwić, że nie wykorzystaliśmy obecności prezesa Grupy Farmaceutycznej U.E. dla załatwienia kluczowych dla zawodu spraw. Czy naprawi to Komitet Inicjatywy Obywatelskiej? Jeśli wejdą w jego skład nowi ludzie z inicjatywą i świadomością koniecznych zmian, to tak.

W wypowiedzi Pana Prezesa N.R.A. zabrakło mi tzw. samokrytycznego spojrzenia, przyznania się do popełnionych błędów, które także miały swoje odbicie w obecnym prawnym status quo aptek. Przecież w naszym zawodzie, źle zaczęło się dziać znacznie wcześniej, niemal zaraz po utworzeniu Izb Aptekarskich, a obecny minister dolał tylko oliwy do ognia powodując abolicję aptekarzy. Przypomnijmy sobie „ walkę „ Izb Aptekarskich z istniejącymi od początku powstania prywatnych aptek, organizacjami aptekarskimi w kraju. A przecież potrafiły one zainteresować problematyką aptekarską prasę, radio i telewizję, a przez to dotrzeć do społeczeństwa.

Myślę, że to zwykła ludzka zazdrość podyktowała taki właśnie wariant współpracy z organizacjami, które z takim mozołem budowały społeczny kontakt. Skutki okazały się dosyć fatalne. Zamiast działać razem, lub wykorzystywać nawiązaną już współpracę z mediami, tracono czas, energie i pomysły na wzajemne spory, kto jest ważniejszy w środowisku aptekarskim. Zapomnieliśmy jednak, że społeczny kontakt oraz poparcie środowiska aptekarskiego, to 80% sukcesu w załatwieniu różnych zawodowych spraw. Nie braliśmy również pod uwagę faktu, że w naszej rzeczywistości, nic nie jest dane na pewno i na zawsze. Z tej racji należy ustawicznie trzymać rękę na pulsie w obronie interesów i czuwać, aby interpretacja jakiejś sprawy, nawet najbardziej błahej, nie wpłynęła niekorzystnie na zawodowe interesy. Lekceważenie kolejnych spraw, rodzi już problemy, z którymi nie zawsze można sobie poradzić.

Zerwaliśmy kontakt z mediami i społeczeństwem, które obecnie utożsamia nas z pazernością i kolejnymi aferami. Straciliśmy oparcie środowiska aptekarskiego, a przynajmniej z jego częścią, oraz młodą kadrą fachowców. Trudno posądzać ich o to, że nie zależy im na rozwoju własnych aptek, bo byłoby to po prostu absurdalne. Nie chcą działać w Izbach, bo nie widzą oparcia, ani operatywności w obronie interesów aptekarskich. Myślę, że niemałą rolę odegrało zadufanie i wiara we własną nieomylność. Zapomnieliśmy, że w ważnych sprawach należało i nadal jest koniecznością, organizowanie spotkań miejskich, czy wojewódzkich, w celu przedyskutowania ważnych dla nas wszystkich spraw. Wsłuchiwanie się w to, co mówią inni, jakie mają problemy, co myślą, to nieodzowna konieczność. Tak czynią inni i osiągają efekty.

Jeżeli tego nie zrozumiemy właśnie teraz, kiedy wielu z nas jest na skraju bankructwa, to przy negatywnym scenariuszu, może się okazać, że przynależność do izb stanie się nie obligatoryjna. Wówczas izby aptekarskie stracą również oparcie finansowe, a to oznacza tragedię dla nas wszystkich, oraz całego zawodu.

Warto zastanowić się właśnie teraz, by nie popełnić kolejnego błędu i doprowadzić do utraty organizacji na istnieniu której, bardzo nam zależało i nadal zależy. Na łamach wspomnianego już numeru Czasopisma Aptekarskiego, ukazały się artykuły, dotyczące honoru i godności w aptece ( prof. zw. dr hab. Maria Szyszkowska ), czy też etyki marketingu, reklamy ( Pani Alina Skorupska-Tomczyk), w których omawia się te zagadnienia, ze szczególnym skierowaniem do postaw aptek i aptekarzy. To oczywiście bardzo słuszne spostrzeżenia i uwagi. Wydaje mi się jednak, że zabrakło tu czegoś w rodzaju porad w sprzeciwianiu się działaniom monopolistycznym, cwaniactwu i lekceważeniu właśnie nas, ludzi zawodu aptekarskiego.

Zastanawiam się, czy w jakimś kraju Unii Europejskiej, byłaby możliwa sytuacja, by kupując program komputerowy, płacić również za obce reklamy, które ukazują się na ekranach komputerów, bez zgody ich właścicieli, tylko dlatego, że ktoś zadeklarował firmie farmaceutycznej, reklamę jej produktów i wziął za te pieniądze? Ręczę, że nawet we śnie nie byłoby to możliwe. U nas niestety tak. I co ciekawe, to bezprawne działanie jest stosowane od lat i nikt się temu zjawisku nie sprzeciwia, chociaż dla pracujących przy komputerze, stale pokazujące się te same reklamy, stanowią horror, denerwują i rozpraszają.

Od lat właściciele aptek narzekają na coraz gorszy kontakt z monopolistycznymi przedsiębiorstwami informatycznymi. Przygotowują one dla aptek autorskie programy, które stają się podstawą rozliczeń finansowych, w tym recept złożonych. Nie ma w tym nic szczególnego, gdyż na całym świecie działają komputery i autorskie programy, a to oznacza odpowiedzialność prawną za treść i sposób ich funkcjonowania. Ale niestety nie u nas.

Inspektorzy Kas Chorych kontrolując apteki, zajmują się od pewnego czasu tylko jedną sprawą - finansowym rozliczeniem leków recepturowych. Chodzi bowiem o to, że w początkowych latach działalności kas chorych, w aptekach podwójnie naliczana była taksa laborum - to znaczy raz przy wprowadzaniu do komputera określonej ilości zużytego surowca farmaceutycznego, a drugi przy końcowym rozliczeniu, kiedy komputer wprowadza określoną przez ministerstwo kwotę taksy laborum + procent inflacji. Zdaniem inspektorów było to niezgodne z przepisami. Dlatego też, wyliczają oni tzw. wartość finansową nienależnej refundacji wraz z odsetkami, a nawet odsetkami od odsetek.

Zaskoczeni tym faktem właściciele aptek płacą wysokie kwoty kasie chorych, inni natomiast próbują zwrócić się do przedsiębiorstwa informatycznego z prośbą o wyjaśnienie sytuacji. Lecz tu spotyka ich wielkie rozczarowanie, bowiem nie tylko nie uzyskują jednoznacznej odpowiedzi, lecz jeszcze do tego otrzymują informacje, które można sprowadzić do jednego: „to nie my, to inni”. Niedwuznacznie daje się do zrozumienia, że firma nie odpowiada za zaistniałą sytuację, obciążając winą właścicieli aptek, którzy powinni ten program sprawdzić. Innymi słowy: powinni być informatykami.

Powstaje zatem pytanie, kto odpowiada za treść i obliczenia zawarte w programie?. Sprzedawany aptekom, a za wszelkie uaktualnienia zostają pobierane kolejne pieniądze, wcale nie takie małe. Czy odpowiedzialność za jakość usługi i jej prawną zawartość, nie należy do autora programu? Czy właściciel apteki, nabywając program komputerowy, nie ma prawa uważać, że produkt jest zgodny z obowiązującymi zarządzeniami? Czy aptekarz powinien być jednocześnie informatykiem? Dlaczego w momencie stwierdzenia przez firmę informatyczną błędu, nie powiadomiono o zaistniałym fakcie, odbiorców programu? Trudno taką współpracę nazwać partnerską.

Myślę, że nadszedł czas, kiedy koniecznością staje się wymóg ogólnego porozumienia, określającego obustronne prawa oraz obowiązki, a także określenie odpowiedzialności firmy wobec nas aptekarzy. Przecież nie może tak być, by odpowiedzialność za funkcjonowanie programu zgodnie z obowiązującymi przepisami spadała wyłącznie na kupującego, czyli aptekarza. Nam trudno jest zorientować się, jak został stworzony program i jak działa od strony informatycznej.

Inna sprawa - dotyczy wykonywania leków w łożach z nawiewem laminarnym. Inspektorzy Nadzoru Farmaceutycznego wymagają, by tego typu leki, jak np. detreomycin 3,0
spir. Vini ad 100, były wykonywane przy pomocy tejże aparatury. Zakazano aptekom, które nie posiadają owych urządzeń, realizacji podobnych recept . Cały zatem ciężar „spadł” na apteki, które posiadają tę aparaturę. Aptek tych jest jednak niewiele. Taksa laborum wspomnianych leków recepturowych wynosi 20 zł. Niestety Kasa Chorych nie uznaje takiej wysokości taksy laborum. Powstała zatem dość specyficzna sytuacja. Dotyczy bowiem nie tylko nierówności w traktowaniu aptek, ale co najistotniejsze, obarcza się niektóre z nich kosztami, których nie akceptuje kasa chorych.

Trudno w dzisiejszych czasach wymagać od aptek, by gratisowo wykonywały swe usługi. Nie powinny także zdarzać się wypadki, kiedy jedna władza kontrolująca neguje decyzje innej. Ta sprawa również powinna zostać wyjaśniona, gdyż w przeciwnym razie apteki nie będą wiedziały, jak postępować i pracować.

dr Lidia Czajka


2006-12-03 13:59
 Oceń wpis
   
Coraz częściej w aptekarskich rozmowach daje się odczuć cień zatroskania o przyszłość polskich aptek, ich autorytet oraz status prawny.

Podobno „ Prawo Farmaceutyczne „ ustawa ogłoszona w Dzienniku Ustaw R.P. nr.126 w dniu 30.10.2001 r., a więc po zatwierdzeniu przez Sejm i Senat oraz podpisie prezydenckim - uległo bardzo istotnym zmianom, o których oficjalnie nie poinformowano nas wszystkich. Nie wiadomo też, kiedy stanie się obowiązującym aktem prawnym. Jeżeli jest to prawdą, to mówiąc uczciwie perfidnie nas oszukano i zlekceważono. My zaś w rewanżu „siedzimy cicho”, jakby sprawy nie dotyczyły nas lecz kogoś zupełnie innego. Coraz częściej zachowujemy się jak rozkapryszone dziecko, które tak naprawdę nie wie czego chce.

Nie docierają także do nas informacje w zakresie rokowań z Unią Europejską, dotyczące uzgodnień praw i obowiązków wynikających z przynależności do tej organizacji. Nie wiemy, czy zostaniemy potraktowani jak niechciane dziecko, które należy wyeliminować z gry, jeszcze przed wejściem do Unii. Chcemy wiedzieć, czy czasem nie znaleźliśmy się w sytuacji, w której nie mamy wiele do powiedzenia, gdyż ubezwłasnowolniono nas, decydując o naszej przyszłości, niejako w tajemnicy. Myślę, że moje przypuszczenia są słuszne. Inaczej przecież pochwałom nie było by końca.

Dotychczasowe „działania” w stosunku do naszego zawodu, przypominają zasadę „kija i marchewki”, prowadzą do nikąd, a na pewno sprzyjają zastraszeniu środowiska oraz utracie świadomości samozachowawczej.

Oto przykłady, jakie można zaobserwować w całym kraju. Jeden z właścicieli postanawia zwiększyć swoje obroty, poprzez uruchomienie kolejnej apteki, tym razem przy tej samej ulicy, w pomieszczeniach wielospecjalistycznej przychodni. Wejście do apteki jest tuż obok drzwi przychodni, łatwo się pomylić i zamiast do lekarza trafić do apteki i vice versa.
Niby nic nowego- nove sed non nova - gdyby nie fakt, że w okolicy nie ma tego rodzaju przychodni. Jak łatwo przewidzieć inne okoliczne apteki zostały pozbawione recept na leki specjalistyczne. Niestety dla owego właściciela, fakt ten nie ma żadnego znaczenia, liczy się tylko on. Reakcja niektórych aptek była niemal natychmiastowa.

W jednej wystawa informuje, że apteka prowadzi leki i udziela rabatów, zaś inna do każdej „ekspedycji” dodaje kubek, miskę lub garnek. Wspaniałe, prawda ? Pomysły nowo powstających aptek są coraz wymyślniejsze. Otóż jeden z nich wprowadził degustację w swojej aptece. Aby nic nie uronić z cennych informacji, podaję pełny tekst za „Trybuną Śląską „ z dnia 19,02,2002 ( bez nazwy apteki ).

Artykuł pt. „ Degustacja w aptece „: Bezpłatne degustacje obiecuje apteka, która wczoraj otworzyła swoje podwoje w ........... Postanowiliśmy sprawdzić czego można spróbować w sklepie z lekami. - Dzisiaj bezpłatnie dajemy ziółka, ale tylko takie, które nie mają wpływu na nasze zdrowie : np. rumianek, napar z dzikiej róży. Wszystko podane jest w jednorazowych kubeczkach, tak więc będzie bardzo higienicznie. Niestety pani, która odebrała telefon całkowicie rozwiała moje nadzieje. - A jak przyjadę z bólem głowy, to mógłbym dostać do degustacji jakąś tabletkę przeciwbólową ? Tak w ramach promocji - pytam. - Niestety nasze prawodawstwo nie zezwala na promowanie leków. Ale może uda się panu załapać na jakiegoś cukiereczka z witaminą C. A może chociaż jakaś aspiryna, ten ból jest naprawdę dokuczliwy ?
- próbuję brać panią na litość. - Oczywiście, ale musiałby pan ją sobie kupić. Ale serdecznie zapraszam do odwiedzenia naszej apteki.”

Z kolei w innym mieście w ekspedycji wystawiono odkurzacz oraz kuchenkę mikrofalową, którą podobno wygrał klient nr.1. Kolejna nowouruchomiona apteka informuje drogą radiową, że apteka „domowa” dysponuje dużym asortymentem leków, udziela rabatów, ma niskie ceny i zaprasza „przyjdź sprawdź „ Ktoś inny sfinansuje wycieczkę zagraniczną za zakupy na określoną sumę.

Przytaczam owe przykłady nie tylko dlatego, że jesteśmy publicznie ośmieszani. Jeden z redaktorów radia „Karolina”, komentując „Degustację w aptece” cieszy się na myśl, że może właściciel apteki zechce wprowadzić zabiegi masażu, a wtedy ładna i młoda farmaceutka będzie go masować. Przytaczam te przykłady także dlatego, by zainteresować podobnymi przykładami inspektorów farmaceutycznych oraz izby aptekarskie. Mam bowiem poważne wątpliwości co do wiadomości fachowych i prawnych owych właścicieli.

To dziwne, że umożliwiamy różnym osobom uruchamianie apteki, ale jednocześnie nie zastanawiamy się co one sobą reprezentują oraz czy wiedzą, że apteka to nie sklep, a lek to nie artykuł konsumpcyjny.

Za moich czasów, jeśli ktoś chciał zostać aptekarzem, musiał skończyć studia, zrobić dyplom, specjalizację oraz odbyć staż. Istniały też zasady i to w państwie komunistycznym, dzięki którym jeden mógł prowadzić aptekę, a inny nie. Obecnie wystarczy mieć pieniądze, własne, a najlepiej cudze i już można uszczęśliwiać ludzi pomysłami od których można dostać zawrotu głowy.

Przyglądając się tym nowym obyczajom, zastanawiam się co ci ludzie robią w aptekach. Na tzw. zachodzie takich praktyk się nie stosuje, a podobno mamy wejść do Unii. Jeżeli nadal nie będziemy interesować się kim są ludzie ubiegający się o pozwolenie na prowadzenie apteki, to stać się może najgorsze i możemy przyczynić się do tego, że właścicielem apteki zostanie psychopata, narkoman czy lekoman, i dysponować będzie pełnym asortymentem leków, ze środkami psychotropowymi i narkotykami włącznie. Pieniądze są bowiem do zdobycia w hurtowniach farmaceutycznych lub w firmach farmaceutycznych, które tak ochoczo sponsorują nowopowstające apteki.

Z dużą beztroską akceptujemy specyficzne formy działania oraz koleżeńskiej współpracy między aptekami. Doprowadziliśmy formy naszej pracy do groteski, z której śmieją się ludzie, gdyż nie znajdują odpowiedników naszej aptekarskiej postawy w innych krajach, które odwiedzają. Nikt z władz nie reaguje, a „wolna amerykanka” trwa już kilka lat. Myślę, że nie osiągnęliśmy jeszcze dna, gdyż tylko pojedyncze jednostki aptekarskie wołają larum. Widocznie nie wszystko jeszcze zdołano w farmacji aptecznej „zreformować”. Dopiero wówczas zaczniemy ubolewać i weźmiemy się za działania odnowy. Czy nie lepiej zacząć uczyć się działania i konstruktywnego myślenia od innych ? Milcząc oraz trwając w poczuciu niemocy, na pewno będziemy daleko od realizacji zasady „Primum non nocere”

Nasz autorytet podrywają nie tylko właściciele nie aptekarze, ale i my sami mamy w tej dziedzinie spore zasługi. Nic też dziwnego, że w komisji ekspertów ds. listy leków refundowanych nie znaleźli się aptekarze. Byli po prostu niepotrzebni - stąd lapsus dotyczący kwalifikacji leków p/alergicznych, plastrów p/bólowych, testów insulinowych itp. W tym samym bałaganie zapomniano, że w naszym kraju liczba ludzi bez pracy wzrosła do 18%, a wśród nich są także chorzy i bez pieniędzy.

W „Polityce” nr.12 ( 2342 ) z dn.23.03.2002 r. ukazał się artykuł Pana Pawła Walewskiego pod tytułem : „ Skonfundowani refundacją „ w którym Redaktor przedstawił sprawy związane z problemami refundacyjnymi. Przy okazji przytoczone zostało oświadczenie Naczelnej Rady Lekarskiej dotyczące powstałej listy leków. Bezskutecznie szukałam podobnego oświadczenia Naczelnej Rady Aptekarskiej. Czyżby to nie był także nasz problem?

Myślę, że będąc członkami tejże organizacji, powinniśmy znać jej stanowisko i to możliwie jak najszybciej. Są przecież możliwości szybkiego z nami kontaktu drogą elektroniczną. Hurtownia Farmaceutyczna „ Itero „w porozumieniu z Kamsoftem wprowadziła zapisy informacyjne na dyskietkach wraz z dostawami leków. Wprowadzając dostawę, od razu otrzymujemy sygnał, że dyskietka zawiera dodatkowe informacje. Myślę, że za sam pomysł i realizację obu firmom należą się słowa uznania oraz duże brawa. Wreszcie pomyślano o szybkim dotarciu do aptek.

Teraz wydaje się to takie proste, ale przecież nikt przedtem nie wpadł na taki pomysł, mimo, że większość aptek jest skomputeryzowana już od początku lat dziewięćdziesiątych.

I jeszcze jedno. Nasze ustawodawstwo od ponad 10-lat określa czym może zajmować się apteka - dystrybucją leków, art. sanitarnych oraz kosmetyków. Nigdzie nie ma wzmianki o art. gospodarstwa domowego. Jakby do tego nie podejść, to jedno jest pewne, że owe kubki, garnki, odkurzacze, czy kuchenki mikrofalowe - biorą udział i to dość istotny, chociaż nie bezpośredni we wszelkich zakupach aptecznych oraz znajdują się w izbach ekspedycyjnych z innymi dozwolonymi artykułami.

Na zakończenie, chciałam wrócić do bulwersującego środowisko aptekarskie, problemu właścicieli aptek - aptekarzy. Dla wszystkich stało się niezrozumiałym, dlaczego aptekarz mający 70-lat, będąc sprawnym fizycznie i psychicznie - musi angażować kierownika apteki oraz jakie uzasadnienie znajduje pomysł, by po śmierci aptekarza - właściciela rodzina mogła prowadzić aptekę tylko przez rok mimo, że ma kierownika apteki.

Jakie podstawy prawne znalazł ustawodawca by wiekiem ograniczyć pracę aptekarzy. Wokół nas mamy mnóstwo przykładów na to, że inne zawody także odpowiedzialne ( lekarze, adwokaci, prawnicy, posłowie, senatorowie ) nie są ograniczani wiekowo. Dlaczego oni mogą, a my nie ? Skąd zatem powód takiej dyskryminacji ? Coraz więcej mamy przykładów, że aptekarz po 70-tce musi zlikwidować aptekę, gdyż nie stać go na zatrudnienie kierownika.

Dlaczego zatem nie skierujemy tych spraw do orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego. Ustawa nie może przecież odbierać praw, jakie nam przysługują, także naszym rodzinom, z tytułu własności, czy też przekazywać nasze kompetencje oraz uprawnienia z tego wynikające, osobie obcej, jaką jest kier. apteki. Sprawy majątkowo-finansowe to bardzo poważne problemy i należy podejść do nich z należytą powagą i rozsądkiem. Naszym kolegom zabrano kiedyś i to bezprawnie - apteki, o tym fakcie nie należy nigdy zapominać.

Dzisiaj dzięki temu jesteśmy mądrzejsi i bardziej przewidujący. Sądzimy także, że tymi sprawami zechce zająć się Naczelna Rada Aptekarska.

dr Lidia Czajka


2006-11-29 10:17
 Oceń wpis
   

Kilka uwag na temat współpracy Izb Aptekarskich ze swoimi Członkami

Reprezentowanie zawodu aptekarskiego, to nie tylko zaszczyt, ale przede wszystkim ogrom pracy, duża odpowiedzialność za podjęte decyzje, oraz obowiązek współpracy z członkami izb.

Współpraca powinna opierać się na jasnych dla wszystkich zasadach. Natomiast bez ścisłego dialogu działaczy izb aptekarskich z członkami, trudno będzie osiągnąć określone cele, czy rozwiązywać problemy. W tym duecie, to aptekarze stanowią najważniejszy podmiot. Dlatego obustronna dyskusja nad sposobem rozwiązywania konkretnej sprawy, jest podstawą gwarantująca pomyślność oraz zaangażowanie nas wszystkich. Dopiero po ustaleniu form działania, powinno się informować Społeczeństwo poprzez radio, czy prasę.

Dlaczego o tym piszę?

Obserwując rożne akcje, czytając korespondencję izb, coraz częściej dochodzę do wniosku, ze my aptekarze, tak naprawdę niewiele mamy do powiedzenia. O pomysłach, jakie powstają w izbach dowiadujemy się z prasy, czy radia, a dopiero potem docierają do nas informacje z nimi związane.

Oczywiście prosi się nas o dyskusję, podpisy aprobujące apele izb, tyle tylko, ze owe podpisy nie maja już znaczenia, gdyż o sposobie rozwiązania jakiegoś problemu społeczeństwo dowiedziało się znacznie wcześniej.

Tak było z insulinami, tak dzieje się z akcja „Aptekarze - Pacjentom”. Myślę, że taka współpraca nie daje szans powodzenia. Dużo do życzenia pozostawia forma i treść korespondencji, nie tylko wielokrotnie powielana, ale nasycona pośpiechem i nerwowością.

Jesteśmy dorosłymi ludźmi, którym spokojna prace zastąpił stres o byt swoich aptek, czy tez trudności z regulacja wszelkich kosztów. Stąd każda złotówka powinna być wydana w racjonalny sposób. O tym nie wolno zapominać przy wszelkich inicjatywach. Dlatego zamiast ludowych haseł, wielu z nas oczekuje na rzeczowe argumenty za i przeciw.

Akcja „Aptekarze - Pacjentom” wmawia chorym, ze poprzez zmianę nazewnictwa leków z handlowych na międzynarodowe, będą otrzymywali ich tańsze odpowiedniki. To klasyczny przykład „wywarzania otwartych drzwi” i oczywiście wprowadzania chorych w błąd.

Wiele aptek już od dawna informuje chorych o istnieniu tańszych odpowiedników. (Art. 6 ust 6 Ustawy o powszechnym ubezpieczeniu w N.F.Z. z dnia 23.01.2003, Dz. Ustaw nr. 45 poz 391). A zatem o co tu chodzi? Już w latach 90-tych ub. stulecia powstał taki zamysł. Na szczęście zwyciężył rozsądek i zapisu w tej formie nie wprowadzono.

Propozycja izb nie jest także antidotum na wszelkie bezprawne układy. Prawda jest inna. W naszym kraju za wysokie ceny leków odpowiadają producenci i tocząca się między nimi wojna o prymat leczniczy swoich leków.

Dlatego inicjatywa izb niczego nie zmieni oprócz tego, że w dużym stopniu utrudni i tak już skomplikowana prace przy pierwszym stole. Jej wprowadzenie pociągnie za sobą duże koszty wynikające z wdrożenia ewentualnych programów, łącznie z ich ciągłymi aktualizacjami.

Wiemy z autopsji, ze pomimo przepisów nakładających na lekarzy obowiązek czytelnego wypisywania recept, tak się nie dzieje. Z uwagi na dobro chorych i indywidualna odpowiedzialność za wydany lek, bardzo często konsultujemy się z lekarzami, co bardzo utrudnia nam pracę.

W wypadku nazewnictwa międzynarodowego, będziemy musieli realizować recepty tak, jak dotąd, z tym, że odczytywanie niewyraźnych zapisów będzie graniczyć z dużym ryzykiem, okazją do popełnienia niezamierzonych błędów, trudnych do naprawienia. Nie zapominajmy, ze w tej sytuacji, nadal mamy proponować zamienniki.

Przy okazji warto przypomnieć, że to ordynujący lekarz decyduje o tym, jakimi lekami ma być leczony pacjent, oraz odpowiada za jego wyzdrowienie. Abstrahuję tu od wszelkich układów, piszę o sytuacji klarownej i zgodnej z prawem. Jeżeli niektóre apteki nie dokonują zmian, to czynią to, mając świadomość odpowiedzialności, jaką wówczas przyjmują za wynik leczenia konkretnego pacjenta. To przecież problem bardziej złożony, gdyż tak naprawdę nie wiemy, na jakie jeszcze choroby pacjent jest leczony i czy czasem nie korzysta z pomocy także innego lekarza specjalisty. Mam tu na myśli interakcje leków, przeciwwskazania, a nawet przerwy pomiędzy stosowaniem różnych leków.

Myślę, że nie ma takiej apteki w kraju, w której nie zdarzyłaby się sytuacja, kiedy pacjent zgłasza, że po zażyciu zapisanego na receptę leku, poczuł się gorzej. Wiemy, że lek, to specyficzny artykuł, którego wartość terapeutyczna zależy od wielu czynników, m.innymi od osobistej reakcji organizmu na dany preparat. Posiadając ogrom wiedzy farmakologicznej, zdajemy sobie sprawę z tego, ze nie wszystkie leki mogą zostać zastąpione tzw. zamiennikami i to bez względu na jego cenę. Ja osobiście nie odważyłabym się tego dokonać w przypadku leków np. cytostatycznych, kardiologicznych, psychotropów, diabetycznych itp. leków, których dawkowanie jest ściśle zależne od konkretnego przypadku chorobowego, konkretnego pacjenta, stopnia zaawansowania choroby. W przypadku np. cukrzycy - jej leczenie jest bardziej kompleksowe. To nie tylko dążenie do obniżenia poziomu cukru we krwi, ale również takich dolegliwości, jak: otyłość, nadciśnienie, grzybica itp., które tej chorobie towarzyszą.

Ten problem nie dotyczy li tylko chorych na cukrzycę. Warto się nad tym zastanowić, by przy okazji pomocy pacjentowi (aptekarze - pacjentom) nie zrobić największej krzywdy właśnie tym, do których akcja jest skierowana.



2006-11-25 11:50
 Oceń wpis
   

Czasopismo Aptekarskie 8-9 2004

Trwają prace nad dostosowaniem obecnego Prawa Farmaceutycznego do unijnych wymogów. Dla nas jest to bardzo pocieszająca informacja „wyzwalająca” wzrost nadziei na lepsze prawo. Marzeniem niemal każdego aptekarza jest, by przepisy prawne odpowiadały faktycznym potrzebom ujętym w jasnych, przejrzystych i jednoznacznych paragrafach. „Na własnej skórze” boleśnie odczuwamy skutki tego, co się dzieje w aptekach, kiedy ich uruchomienie nie jest uzależnione od żadnych kryteriów. A przecież odległość między poszczególnymi placówkami, przypadająca na każdą z nich, to warunek conditio sine qua non podstawowego i prawidłowego ich rozwoju oraz działania.

Obserwując unijne apteki, po prostu czuje się ich stabilizację, będącą gwarantem właściwej i zgodnej z prawem opieki farmaceutycznej. W naszym kraju jest niestety inaczej, dlatego zagrożony ekonomicznie właściciel apteki, nie może myśleć o modernizacji własnej apteki, ponieważ jego uwaga jest skoncentrowana na rozwiązywaniu trudności wynikających z jej prowadzenia. Trudno nawet jest oceniać ten fakt negatywnie. Stabilizacja oraz perspektywa dalszego działania, to podstawowe elementy pracy, nie tylko zresztą aptek. Przykładem są wspomniane unijne apteki. Stąd obok starych, zabytkowych aptek, są też inne małe, średnie, czy nawet bardzo duże, wyposażone w różny sprzęt oraz aparaturę.

Prawo nie może działać wstecz jak to ma miejsce w naszym kraju. Dotyczyć to powinno wszelkich zmian przepisów, tak ustawowych dotyczących aptek, jak i zmian cen leków refundowanych. Właściciel nie powinien ponosić strat finansowych wynikających ze wszelkich regulacji cen refundowanych, tylko dlatego, że posiadał zapasy danych leków zapewniających ciągłość zaopatrzenia. Tak częste jak u nas nowelizacje prowadzą w naszych warunkach do destabilizacji.

Inspektorzy nadzoru farmaceutycznego. Jest sprawą oczywistą, że nad prawidłową działalnością aptek powinny czuwać inspektoraty nadzoru farmaceutycznego. To funkcja ogromnie ważna dla dobra i prestiżu zawodu aptekarskiego. Z tego względu warto zadać sobie pytanie: kto powinien wykonywać owe obowiązki?. Nie każdy bowiem posiada predyspozycje do kontroli innych. Moim zdaniem, obok ukończenia studiów farmaceutycznych, inspektor musi legitymować się specjalizacją I-go oraz II-go stopnia, a także długą, naprawdę wieloletnią praktyką zawodową i to tylko w aptece. Kontrolujący powinien posiadać również takie cechy charakterologiczne, jak kulturę osobistą, rzetelność oceny zastanych w trakcie kontroli faktów, bezstronność przy ich analizie, nie tylko w oparciu o obowiązujące prawo zawodowe, ale także w zakresie prawa ogólnego, w tym prawa własności. Prawo powinno być interpretowane w sposób jednolity w całym kraju.

Niedopuszczalnym jest przecież tolerowanie w aptekach w jednym województwie, a nietolerowanie w innym, wag osobowych z pomiarem wzrostu lub ciśnieniomierzy, będących na wyposażeniu aptek. Podczas, gdy w innych województwach istnieją firmy, które proponują owe urządzenia w swej ofercie oraz sprzedają je aptekom, jako „kompleksowe wyposażenie aptek”.

Wydaje się oczywistym, że inspektorzy nie powinni swoim postępowaniem łamać prawa. A jednak zdarzają się przypadki, że bez zgody i wiedzy właściciela oraz w trakcie jego nieobecności, wykonuje się zdjęcia placówki od wewnątrz i od zewnątrz. Mało tego, fotografuje się pracownika apteki, bez jego wiedzy i zgody. Takie zachowanie dyskwalifikuje samego inspektora, jako osoby pełniącej funkcję kontrolną oraz podrywa autorytet państwowej władzy.
Naukowa organizacja pracy wyjaśnia zagadnienia bardzo istotne dla wielu zakładów, w tym również aptek. Ich znajomość oraz przestrzeganie umożliwia wykonywanie szeregu prac w sposób korzystny dla pracowników firm, a przede wszystkim dla chorych. Opierając się na naukowych metodach badawczych, ustala ona zasady, których stosowanie zapewnia osiągnięcie zamierzonych celów, czy to w przypadku pracy pojedynczego człowieka, czy też zespołów ludzkich, przy jak najmniejszym nakładzie pracy i sił fizycznych oraz przy najmniejszym nakładzie finansowym.

Innymi słowy, aby praca była wydajniejsza i skuteczniejsza, musi być prawidłowo zorganizowana i prawidłowo kierowana. Osoby trzecie, tj. inspektorzy farmaceutyczni nie powinni ingerować w jej strukturę (vide: K. Adamiecki „O nauce organizacji” PWE 1970 r., T. Kotarbiński „Traktat o dobrej robocie” wydanie 5 Ossolineum Wrocław - Kraków - Warszawa 1975 r., J. Indulski „Farmacja Społeczna” PZWL Warszawa 1981 i inne).

Zatem nie powinno być tak, że miejsce, gdzie metkuje się leki z bieżących dostaw, było odległe od izby dyspensacyjnej w taki sposób, że uniemożliwia to szybki kontakt pracownika fachowego pracującego przy „pierwszym stole” z osobą metkującą zamówione i dostarczone leki. W ten sposób wydłuża się proces obsługi pacjenta, gdy potrzebny jest lek znajdujący się w nowej dostawie.

To samo dotyczy ustawienia chłodziarki dla leków, z dala od izby dyspensacyjnej. Dlatego każda z aptek wypracowuje sobie, w oparciu o wymienione wyżej zasady oraz warunki lokalowe - własną organizację pracy.

Jacy jesteśmy? Wydawałoby się, że skoro zarówno w inspektoratach, jak i w korporacjach aptekarskich, pracują aptekarze, to w naszych wzajemnych relacjach powinna panować rozsądna solidarność, lojalność, czy koleżeństwo „na dobre i na złe”. Niestety, przykro to stwierdzić - takie cechy zupełnie nie występują.

Kiedy wsłuchujemy się w to, co inni mówią o nas, to niestety mamy opinię zawodu skłóconego, nielojalnego, niesolidarnego. To wielka szkoda, ze tych cech nie da się zlikwidować żadnymi paragrafami. Od kilku już lat sukcesywnie zmniejsza się ilość aptek, w których właścicielami są aptekarze. I najzupełniej nikogo to już nie obchodzi, niczego nie uczy. Zachowujemy się tak, jakbyśmy zostali pozbawieni instynktu samozachowawczego. Zapominamy, że choć dzisiaj źle się dzieje w aptece kolegi, czy koleżanki, jutro, to my sami możemy mieć kłopoty, które można nazwać „być, albo nie być” swojej placówki. Może więc warto zacząć myśleć po koleżeńsku, wspierając tych, którym wyrządzono krzywdę.

Zwróćmy uwagę na to, w jaki sposób zachowują się inne zawody. Na pewno inaczej traktowano by nas, gdybyśmy pozbyli się paraliżującego strachu przed reakcją na ważne dla naszego bytu postępowanie innych w stosunku do naszych koleżanek i kolegów. Może należałoby się zastanowić nad tym, czy nie byłoby korzystniej dla naszego zawodu, gdyby funkcje w izbach aptekarskich zajmowali farmaceuci, którzy nie posiadają własnych aptek?. A może w naszej korporacji powinno się wybierać ludzi odważnych i odpowiedzialnych, dla których obrona interesów aptekarskich oraz działanie dla dobra całego zawodu, są służbą priorytetową. Służba zawodowi, to konieczność rezygnacji z własnych osobistych ambicji bycia władzą?.

Jednolite ceny leków. Jeżeli mamy dostosować nasze prawo do unijnego, to koniecznie musimy rozwiązać problem cen. To, co dzieje się w niektórych aptekach urąga autorytetowi samych aptek. Deprecjonuje wartość finansową leków, wynikającą z ich kosztów produkcji, obniża szacunek do nich, jako związków chemicznych, przywracających ludziom zdrowie, związków, które niewłaściwie zastosowane, mogą przynieść wielkie szkody. Powinno być zabronione wydawanie leków za 1 grosz, negocjacje cenowe, stosowanie wszelkich kart pacjenta, czy chorego, mających na celu zwiększenie zakupów. Myślę, ze teraz jest okazja, by zrobić z tym porządek.

Przedstawiciele firm farmaceutycznych poprzez kontakty z lekarzami, czy aptekarzami, swym działaniem często demoralizują oba zawody, niszcząc autorytet lekarza, czy aptekarza u samych pacjentów. Wzajemne relacje obu zawodów już dawno zostały wypaczone, ponieważ wspólnym celem już nie jest dobro pacjenta, ale często osobiste korzyści.

Wiemy, że celem wizyt przedstawicieli firm farmaceutycznych, jest promowanie nowych leków. Szkoda tylko, że w zamian rzetelnej informacji o leku, stosuje się zachęty finansowe, czy rzeczowe. Wtedy osiąga się założony cel - ordynowanie tylko tego, a nie innego leku, poparte pieczątką lekarza „nie zamieniać”. Co oczywiście przekłada się na leczenie pacjentów tylko tym promowanym lekiem. Zatem przyzwyczaja się do tego, że to nie choroba pacjenta, jego indywidualność, a różnego rodzaju gratyfikacje decydują o tym, w jaki sposób jest on leczony.

Z tak zdemoralizowanego lekarza, czy aptekarza, nie będzie już dobrego fachowca, ponieważ pomiędzy pacjentem, a lekarzem (aptekarzem) stanęła korzyść finansowa, czy materialna. Pacjent przestaje być pacjentem, a lekarz (aptekarz) - lekarzem (aptekarzem), ich cel stał się rozbieżny. Winę za ten stan rzeczy ponoszą oczywiście firmy farmaceutyczne. W ten sposób cel został ujednolicony. Tylko, gdzie tu jest pacjent i jego choroba?. Na „promocje” leków przeznaczane są coraz większe kwoty, zatem nie dziwmy się, ze leki stają się coraz droższe, skoro wprowadza się tak kosztowny „doping” do prawie każdej promocji.

Uzdrowienie tej sytuacji, to wprowadzenie przy pomocy prawa takich ograniczeń, które uniemożliwiałyby opisane wyżej formy „współpracy”.

autor: dr Lidia Czajka



2006-11-24 08:58
 Oceń wpis
   

Czasopismo aptekarskie listopad 2005

Wielu z nas aptekarzy, kupując lub zakładając swoją pierwszą aptekę, nie bierze pod uwagę faktu, że kiedyś będzie musiał ją sprzedać. „Tempus fugit” i nawet nie zdążymy się zorientować, kiedy będziemy musieli podjąć taką właśnie życiową decyzję.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby wydzierżawienie swojej placówki innemu farmaceucie. Niestety taki obyczaj u nas nie istnieje, chociaż znany był do momentu przejęcia aptek na własność państwa (ustawa z 8 stycznia 1951 roku).

Pozostaje sprzedaż apteki, lub zatrudnienie oddanego oraz pracowitego mgr. farmacji na stanowisko kierownika. Myślę, ze warto zadać sobie pytanie, co decyduje oraz staje się poważnym argumentem wówczas, gdy podejmujemy decyzję o jej sprzedaży. Wszyscy je znamy - to przede wszystkim przepisy prawne, które nie traktują aptek, jako placówek szczególnie chronionych ustawowo przed korupcją, cwaniactwem z racji ich działalności dotyczącej dyspensowania leków.

Nie istnieją przepisy dotyczące rozmieszczenia aptek, oraz odległości jednej od drugiej. Określa się jedynie, ile aptek może posiadać jeden właściciel. Efektem tego jest traktowanie aptek, jak sklepów z lekami, a co zatem idzie wprowadza się konkurencję handlową, która doprowadza do wzajemnego „wykańczania się” aptek miedzy sobą.

Jesteśmy krajem należącym do Unii, a jednak nie potrafimy wprowadzić praw obowiązujących w większości z tych krajów. Dają one gwarancję prawidłowej ich działalności opartej na wiedzy, koleżeńskości, uczciwości, gdzie metraż aptek jest bardzo zróżnicowany, od małych i średnich, po duże i wielkie włącznie. W zamian zaoferowano nam bałagan, który znamy z autopsji.

Doprowadzono do tego, że szereg aptek bankrutuje i wcale nie dlatego, że są źle prowadzone, tylko dlatego, że jest ich za dużo, bo powstają wszędzie, gdzie jest wolny lokal i niestety niejednokrotnie są otwierane przez nieodpowiedzialnych ludzi. A przecież pojemność rynkowa jest ograniczona, a jej wyznacznikiem jest nie tylko ilość aptek, ale także liczba ludności i stopień jej zamożności.

Nie istnieją także żadne możliwości, by poznać przyszłego właściciela apteki. Nikogo ten istotny prawnie fakt nie obchodzi, ważne by był kierownik. Dlatego mamy „sąsiadów”, którzy oszukują pacjentów, ze dysponują ;lekami tylko w bardzo niskich cenach, sprzedają leki za grosz, dyskryminując je wartościowo w oczach społeczeństwa, prowokując do robienia zapasów i handlu tymi preparatami na publicznych targowiskach oraz do sprzedaży w internecie leków, które można nabyć jedynie na receptę.

Co jakiś czas prasa donosi o powiązaniach pomiędzy właścicielami aptek, a lekarzami, którzy wchodząc we wzajemne układy, dzielą się zyskami pochodzącymi ze zrealizowanych bardzo drogich fikcyjnych recept. Wiedza społeczna na temat sytuacji ekonomicznej aptek oparta jest w zasadzie tylko na obserwacji. Skoro ich tyle powstaje, to znaczy, że są wysoko dochodowe. Nikt nie dementuje tych opinii, a kontakt ze społeczeństwem jest prawie równy zeru. Dlatego też, kto tylko ma pieniądze chce je wydać na kupno apteki, tylko nikt im nie mówi tego, że im więcej będzie aptek, tym mniejsze będą obroty.

Powstają firmy trudniące się sprzedażą aptek, lub też skupem tych zadłużonych, pośredników prowadzących transakcje w imieniu nieznanych, ale bogatych ludzi. Na takich operacjach można dużo zarobić, np. pośrednik bierze do 20 % wartości danej apteki.

Powstają utajnione sieci aptek, których właścicielami są nie tylko hurtownie farmaceutyczne, ale także indywidualne osoby, które nie chcą, by ten fakt był powszechnie znany. Dlatego dotarcie do nich jest bardzo trudne. Apteki będące w konkretnych sieciach są zobligowane do udzielania błędnych informacji chroniących zarówno właściciela, jak i jego sieć. Także niektórzy aptekarze trudnią się tym procederem, kupując je pozornie na siebie, ale za duże profity wdzięcznościowe. Trzeba dobrze analizować każdą wypowiedź, sprawdzać fakty, by nie doprowadzić do tego, że poprzez sprzedaż apteki wpada się w jeszcze większe długi, niż się ma.

Zatem kwitnie zakamuflowany handel aptekami. Oficjalnie nie ma problemu i go nie będzie dopóty, dopóki nie zmieni się systemu otwierania, czy kupowania aptek na taki, który będzie jasny i klarowny. Aż dziw bierze, że jeszcze nie odkryto aptek handlujących narkotykami, czy tez „piorących brudne pieniądze”.

Powstawanie aptek na terenie przychodni, to bardzo trudny i poważny problem dla aptek już istniejących w jej sąsiedztwie. Najgorsze, co może spotkać istniejącą już aptekę, to bierność władz farmaceutycznych, gdyż to właśnie one, jako jedni z pierwszych, dowiadują się o projekcie powstania kolejnej nowej apteki i to w miejscu niebezpiecznym strategicznie dla innych aptek. Siedzą jednak cicho, no bo cóż może ich obchodzić zagrożenie bytu pozostałych. Ich milczenie nie daje żadnej szansy podjęcia jakiegokolwiek działania, zmierzającego do zmiany takiej decyzji. Z własnego doświadczenia wiem, że informacja, którą otrzymałam w porę, dwukrotnie dała mi szansę zmiany decyzji lokalizacyjnej.

Oczywiście każdy prowadzący tzw. działalność gospodarczą ma prawo do samodzielnego podejmowania decyzji, jednak sądzę, a nawet jestem pewna, że skutki takiego działania nie powinny mieć negatywnych efektów dla innej, działającej także samorządnie placówki, powodując, że w najlepszym przypadku, apteka w sąsiedztwie przychodni, w której zlokalizowano nową aptekę, będzie wegetowała, o ile w ogóle nie zbankrutuje. Zasada „wolność Tomku w swoim domku” położyła już nie jedną aptekę.

Ci, którzy sądzą, że można sprzedać aptekę znajdującą się w sąsiedztwie apteki w przychodni, są w wielkim błędzie. Nie istnieją tacy ryzykanci.

Już wielokrotnie pisałam o degradacji w prawie farmaceutycznym, właściciela aptekarza, oraz o tym, ze ograniczono nam, i to bez istotnych przyczyn prawo do samodzielnego prowadzenia apteki uzależniając go od wieku aptekarza. Traktując nas, jako ludzi niepełnosprawnych psychicznie i fizycznie. Wśród wszystkich medycznych zawodów, tylko aptekarze maja takie „przywileje”. Jeżeli lekarz w wieku zaawansowanym może leczyć i operować, może prowadzić własny gabinet, a więc decydować o zdrowiu pacjenta, to dlaczego aptekarz ze specjalizacją I i II stopnia, tytułem naukowym i wieloletnią praktyką, szkolący stażystów, nie może prowadzić apteki i to własnej?.

To kuriozalne zjawisko nigdzie poza naszym krajem nie jest znane. W naszym ustawodawstwie nie istnieje podział na apteki, których właścicielami są aptekarze oraz na tych, którzy nimi nie są. Nastąpiła równość, którą boleśnie odczuwamy w kontaktach z tzw. władzą farmaceutyczną. Pisma, które otrzymujemy są pełne odwołań do paragrafów, a słowa nakazu, zakazu, polecenia, są w nich najczęstszymi sformułowaniami. Rozumiem, że władza powinna „podpierać się” używając paragrafów. Jednak, tak się nam przynajmniej wydaje się, żyjemy już w innych czasach - podobno bardziej demokratycznych, bardziej ludzkich. Tymczasem nadal „ciarki przechodzą”, gdy czyta się tak sformułowane pisma. Wygląda więc na to, ze w opinii władz farmaceutycznych, jeżeli nie postraszy się właściciela apteki paragrafami i „mrożącymi krew w żyłach” skutkami niewykonania polecenia, to właściciel apteki gotów jest nie respektować tych poleceń.
W kontaktach służbowych z właścicielami aptek nie istnieje obyczaj wcześniejszego kontaktu telefonicznego, by porozumieć się z nim w nagłej sprawie, czy to w celu jej wyjaśnienia, poprzez poznanie stanowiska właściciela apteki.

W państwie demokratycznym wydaje się nie do pomyślenia, by bez wcześniejszego telefonicznego kontaktu z właścicielem w sprawie np. obsady kierownika apteki, wysyłać mu faks nakazujący natychmiastowe zamknięcie apteki. Czytając treść takiego faksu, rodzaj użytych sformułowań, naraża się właściciela na zawał serca, lub wylew. Doprawdy trudno jest znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla takiej formy postępowania władz, bez uprzedniego kontaktu telefonicznego i zapytania go, co się stało.

Jestem daleka od prawienia morałów, ale nasuwa się tylko jedna myśl. Oczywiście prawo należy przestrzegać, ale nie wolno podejmować tak drastycznej decyzji bez uprzedniej rozmowy z zainteresowanymi stronami, czyli z osobami posiadającymi koncesję. Nakaz zamknięcia apteki, to przecież bardzo poważna sprawa, jest to bowiem zakład realizujący społeczne oczekiwania dotyczące zaopatrzenia w leki, pełni usługi farmaceutyczne, posiada zobowiązania, nie tylko zdrowotne, wynikające z koncesji, ale także z kontraktów z hurtowniami i urzędami państwowymi. Ciekawa jestem, jak poczuliby się inspektorzy otrzymawszy tego rodzaju faks, sformułowany w taki właśnie sposób, z którego wynikałoby, ze zostali natychmiast zwolnieni z powodów, których nawet nie byli świadomi, ponieważ nikt ich nawet o tym nie poinformował?. Może właśnie dopiero wówczas zrozumieli by znaczenie słów życzliwość, zrozumienie, a być może pomoc.

Jestem pewna, ze jeżeli sami nie będziemy się szanowali, to nie można wymagać od innych traktowania nas z szacunkiem. Informacja o treści faksu dotarła nawet do N.F.Z. - co jest klasycznym sposobem na poderwanie autorytetu aptekarzowi z wieloletnim stażem. Komu na tym zależy?. Niestety, to jest smutne i bardzo przykre.

Radca prawny O.I.A. w Katowicach, mec. Krystian Szulc, przedstawił wykładnię prawną dotyczącą uprawnień kierownika apteki („Apothecarius” Śląskie Forum Farmaceutyczne No 8 Rok XIV z dnia 15 września 2005 str. 80). Porównując te uprawnienia z kodeksem pracy (Dz.U. z 1998 No 21 poz. 94 ze zmianami) oraz z prawem farmaceutycznym (Dz. U. z 2004 No 53 poz. 533 ze zmianami) dokonał takiego oto resumer:

Warto zapoznać się z treścią owego artykułu, z którego fragment przytaczam:

„ ...... należy stwierdzić, ze bez wyraźnego upoważnienia dla kierownika apteki do dokonywania czynności za pracodawcę w rozumieniu prawa pracy jest on normalnym pracownikiem z wyznaczonymi specjalnymi uprawnieniami opisanymi w ustawie prawo farmaceutyczne”

Kim są kandydaci na przyszłych kierowników aptek?. Są to przede wszystkim osoby posiadające wyższe wykształcenie farmaceutyczne, dzięki czemu posiadają przygotowanie do wykonywania zawodu aptekarza, co nie jest jednoznaczne z pełnieniem funkcji kierownika apteki. Powinien ukończyć odpowiedni kurs.

„.. dla wysokiej kasy, chętnie poprowadzę aptekę, a nawet zmienię miejsce zamieszkania”
albo
„ Poprowadzę aptekę, wystawiam faktury Vat”

- to odpowiedzi internetowe na ogłoszenie o zatrudnieniu kierownika apteki. Kiedy rozmawia się z niektórymi z nich na temat oczekiwań właściciela dotyczących zakresu ich pracy, możliwości wprowadzenia zmian - to pojawia się zaskoczenie. Wynika ono z faktu, że tak naprawdę niektórzy nie są przygotowani na takie pytania, a więc do wykonywania pracy w aptece na stanowisku kierownika, a jedynie do jej reprezentowania sensu stricto i to bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji i przy odpowiednio wysokim wynagrodzeniu. Ich znajomość praw ekonomicznych tak podstawowych dla każdej firmy jest bardzo skromna. Braki te najczęściej nadrabiają pewnością siebie, jaka emanuje z ich wypowiedzi, bo przecież apteka MUSI mieć kierownika. Po 50-ciu latach pracy w zawodzie i obserwacji środowiska aptekarskiego, mogę śmiało stwierdzić, że niestety niektórym brak jest zupełnie pokory wobec ogromu wiedzy jaką należy sobie przyswoić, w tym praktycznego wykonawstwa i to na każdym stanowisku.

Większość kandydatów niestety nie jest świadomych tego, że jakość ich pracy będzie rzutowała na efekty zarówno fachowe, jak i ekonomiczne apteki. Dlatego uważam, że trzy lub pięć lat stażu w aptece wcale nie oznacza, że kandydat posiada wiedzę na poziomie wystarczającym do pełnienia funkcji kierownika apteki.

Jak dziś pamiętam swoją pierwszą pracę, kiedy podziwiałam umiejętności zawodowe swoich starszych Koleżanek i Kolegów, którzy bez zawiści, czy zazdrości przekazywali mi to, co umieli. Jestem im wdzięczna za to, ze chcieli mnie nauczyć praktycznego wykonywania zawodu i byli w tym konsekwentni.

Myślę, że to właśnie ich zasługą było uzyskanie w 2004 roku dyplomu Czasopisma Aptekarskiego „Za wzorową realizację zasad dobrej praktyki aptecznej”. Znalazłam się także na liście kandydatów na posłów R.P. w 2005 roku, wytypowanych przez środowisko aptekarskie w kraju.

autor: dr Lidia Czajka



2006-11-22 09:13
 Oceń wpis
   

Czasopismo Aptekarskie marzec 2005

Nam aptekarzom miesiące letnie kojarzą się nie tylko z urlopami, ale z całym szeregiem spiętrzonych trudności związanych z utrzymaniem swoich aptek oraz spłatą należności za dostawy leków, przy jednoczesnym spadku obrotów. Taki scenariusz powielany latami „przyzwyczaił” szereg hurtowni do tego, że ze zrozumieniem podchodziły do wspomnianych okresów, po upływie których wszystko dochodziło do normy. Reguły gry były zatem przejrzyste oraz respektowane przez obie strony: hurtownie i apteki. Tak było, ale niestety już nie jest.

Obecny rok jest okresem dosyć specyficznym, powodującym systematyczny spadek obrotów niemal każdej z aptek, co uwidacznia się w wymianie handlowej z hurtowniami. Wydaje się, że w tej sytuacji, szereg hurtowni ma poważne wątpliwości, czy poszczególne apteki będą w stanie wywiązać się ze spłaty swojego zadłużenia. Dlatego nie ma już znaczenia fakt, czy współpracuje się z konkretną apteką od początku powstania apteki, lub trwa ona dobre kilka lat umożliwiających poznanie kontrahenta na tyle, by wiedzieć, czy apteka jest uczciwa i sumienna, czy nie.

Strach przed naszą niewypłacalnością jest tak wielki, że dzwoni się do każdej z aptek, która ma nawet kilkunastodniowe opóźnienia w płatnościach. I nie byłoby w tym nic dziwnego - każdy ma prawo upominać się o swoje, tylko jeżeli dzieje się to w okresie letnim oraz dotyczy znacznej ilości aptek, to jest to ewidentny sygnał powstania problemu, którego rozwiązania należy szukać nie tylko w aptekach, ale przede wszystkim poza nimi. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że apteki działają na zasadzie wypadkowej głębokich zaniedbań władz w stosunku do aptekarstwa w ogóle, w dodatku dublowanych przez wszystkie lata działalności aptek prywatnych w kraju. Do takiego stanu przyczyniło się także wiele hurtowni farmaceutycznych. Dlatego uważam owe monitujące telefony ze „ Juste equilibre”.

Wszyscy wiemy, jakie zaniedbania dotyczą służby farmaceutycznej - wykorzystują ja przecież niektóre hurtownie. Przykre, ze nikt nie chce nam pomóc, gdyż nie leczy to w interesie wielu. Nikt także nie chce się narażać - zatem najlepiej jest uderzać w najsłabszego i to niestety w formach trudnych do zaakceptowania. Istnieje przecież pewna grupa hurtowni, które zachowują się jak typowe pająki, otaczające swą siecią konkretne apteki, by doprowadzić je do upadku.

Postępowanie jest bardzo proste. Rolą przedstawiciela hurtowni jest zachęcenie apteki do zwiększenia obrotów poprzez „kuszenie” rabatami, promocjami, czy też różnymi programami. Równocześnie analizuje się terminowość spłaty należności oraz, czy jej wysokość wystarczy do przejęcia jej za długi. Kolejny etap sprowadza się do wykonywania telefonów do delikwenta, podając wysokość zadłużeń w fakturach przeterminowanych, równocześnie żądając ich spłaty.

Całej akcji towarzyszy blokada danej apteki oraz możliwość zakupu leków tylko za gotówkę. Ostatnim etapem jest oczywiście finalizacja rozliczeń apteki z daną hurtownią. Jeżeli okaże się, że dług apteki przerasta możliwości spłaty, wówczas rozmowa z właścicielem jest konkretna i jednoznaczna. W jej wyniku właściciel staje się pracownikiem, aż do czasu spłaty długu, a jego apteka przechodzi na własność hurtowni. Dzieje się to w wielkiej konspiracji. Oficjalnie nic się nie zmienia. Ten sam „właściciel” kierownik, ta sama koncesja. Hurtownia natomiast zyskuje funkcjonującą firmę, bez żadnych finansowych nakładów.

Celowo przedstawiłam ten problem, aby zwrócić nam wszystkim uwagę na zjawisko, oraz przestrzec, by do wszelkich form współpracy podchodzić z wielką rezerwą, oraz by dołożyć wszelkich starań, by nie zadłużać się do takiej wysokości, która uniemożliwia spłatę. Zdaję sobie sprawę, ze jest to bardzo trudne, ale niestety konieczne. Współpraca z kilkoma hurtowniami w pewnym sensie ułatwi nam pracę, gdyż w ten sposób nasze zadłużenie „rozłoży się”.

Na szczęście hurtowni „pająków” jest znacznie mniej, niż tych, które rozumieją sytuację w jakiej znalazło się szereg naszych aptek. Nie znaczy to jednak, byśmy nie pamiętali o zaborczości, czy zachłanności niektórych z nich. Z reguły są to te hurtownie, których

idea fix to uruchamianie aptek jak najmniejszym kosztem. Jeżeli w sezonie „ogórkowym” domagają się od nas terminowych spłat kredytowych faktur, to dołóżmy starań, by je spłacać bez równoczesnego zamawiania leków w tej hurtowni. Możemy je przecież sprowadzać z innych, „przyjaznych dla apteki” hurtowni. Tym sposobem pozbawimy je nowych dochodów. Myślę, że wówczas zrozumieją, że aptekarzy nie można lekceważyć, bo to się zupełnie nie opłaca.

Pęd niektórych hurtowni do powiększania swoich obrotów jest tak duży, że w wielu z nich wymyśla się coraz to nowe programy, nadając im coraz bardziej udziwnione nazwy, np. „Apteka przyjazna dla......” i tu następuje nazwa kogoś, lub czegoś. Dyskryminują one aptekarzy oraz pojęcie Apteki, jako instytucji, która nie wybiórczo, ale generalnie służy wszystkim bez wyjątku chorym, a ich praca z pacjentami oparta jest na fachowej wiedzy oraz szacunku do chorego. Owe programy mają za zadanie włączenie do współpracy jak największej ilości aptek, by te swoim akcesem powielały zyski konkretnej hurtowni.

Kto z nas nie chciałby, by ceny leków w jego aptece były niskie?. Myślę, że wszyscy właściciele. Nic tez dziwnego, że znajdują się chętni, którzy organizują się w różne szczeble struktur organizacyjnych władzy, by pertraktować z producentami niższe ceny. Przeglądałam listę leków kilku programów. Zawierają one różne leki oraz ich ilości. W zasadzie każdy wykaz zawiera inne preparaty. Niższe ceny dotyczą tylko danej listy, co nie oznacza, że podane tam leki będą miały stałe niższe ceny, wtedy, kiedy znajdą się poza wykazem. W niektórych wykazach apteka może zamówić sobie te leki, które potrzebuje. W wypadku pakietów jest inaczej. Apteka otrzymuje cały zestaw leków bez możliwości wyboru.

Problem polega na tym, że zaopatrzenie asortymentowe apteki zależy od stanu zdrowotnego okolicznych mieszkańców,  ordynujących lekarzy itp. czynników, mających wpływ na rodzaj tego asortymentu. Kupując zatem cały pakiet, bez względu na jego zawartość, ryzykujemy, że część leków, tzw. niechodliwych może nam się przeterminować, przy równoczesnym zaangażowaniu przez nas dużej gotówki na dość duże zapasy, które powinny znajdować się w hurtowniach. Taka jest przecież ich rola.

Programy te zobowiązują apteki do dekoracji „zewnętrznej i wewnętrznej”. Są to zatem początkowo wcale nie małe kwoty, powiększone o zużycie dodatkowej energii elektrycznej. Nasuwa się pytanie o realne możliwości ich pokrycia, czy też staną się przykładem kolejnego naciągania aptek przez hurtownie. Na pewno konkretne i stałe korzyści osiągną hurtownie - inicjatorzy, realizujący pakiety dla aptek. Stały dochód przy niewielkiej, a właściwie takiej samej pracy, to jest to, o co im chodzi. Inny problem - poza kosztami - to sama dekoracja aptek plafonami, napisami, stojakami. Tak wygląda placówka zaufania publicznego - miejsce kontaktów z chorymi w niczym nie przypomina klasycznych pomieszczeń aptecznych. To pseudo-nowy odłam - sklepów aptecznych, nieznanej placówki w krajach unijnych.

Nam aptekarzom - izba dyspensacyjna kojarzy się ze stonowaną kolorystyką, spokojem koniecznym w kontaktach z pacjentem. Niestety wspomniana wewnętrzna dekoracja rozprasza koncentrację tak pracowników fachowych, jaki i pacjentów. To niestety nie wkracza „nowe”, ale niepokojące nas wszystkich zjawisko, objawiające się tym, że do domów potencjalnych pacjentów, rozsyłane są informacje, dotyczące wyboru aptek, realizujących dany program, w których chorzy mogą zaopatrzyć się w tańsze leki.

Myślę, że takie działanie nie są w zgodzie nie tylko z etyką aptekarską, czy koleżeńskością. Często wprowadzają w błąd samych chorych. Stanowią także bardzo groźną formę szantażu w stosunku do tych aptek, które nie chcą się uzależnić od konkretnych programów. Przeglądałam kilka takich wykazów promocyjnych cenowo leków. Zawierają one od kilku do kilkunastu pozycji. Jeżeli zatem porównamy je z ilością leków refundowanych, czy OTC, to stwierdzimy, że nie mogą one zaspokoić cenowo pacjentów, gdyż stanowią „krople w morzu” potrzeb. Dla mnie jest to specyficzna forma naciągania chorych, ponieważ te nie zawsze atrakcyjne ceny, giną w parotysięcznych listach leków, którymi dysponują tak apteki, jak i hurtownie.

Dlatego myślę, ze zanim włączymy się w realizację jakiegokolwiek programu, przeanalizujmy z prawnikami wszystkie za i przeciw włączeniu się do programu. One na pewno uzależniają nas od kogoś, czy czegoś, co nie może mieć wpływu na polepszenie naszej sytuacji. Doprowadzają do kolejnych podziałów i konfliktów pomiędzy aptekami. Takim ewidentnym przykładem nas kompromitującym, było wydawanie z aptek lęków za odpłatnością 1 grosza za opakowanie. Zastosowaliśmy dumping w najgorszym wydaniu. Powieliliśmy metody tych, których „działania” uniemożliwiły nam prowadzenie własnych aptek. Niedobry to przykład dla nas wszystkich.

Nasza sytuacja ekonomiczna jest wynikiem złych przepisów. Winę za ten stan prawny ponoszą tak Ministerstwo Zdrowia, jak i posłowie czy senatorowie. Oliwy do ognia dodają niektóre hurtownie ze swoimi programami i tworzeniem aptek. Jesteśmy krajem unijnym, w którym obowiązują nierealne przepisy dotyczące sieci aptek, wysokości marż detalicznych, nie mówiąc już o bezkompromisowym ograniczaniu naszych uprawnień zawodowych z uwagi na wiek. Nasze prawo nie odzwierciedla rozwiązań gwarantujących stabilizację. O naszej pracy decydują nie realne artykuły prawne, ale polityka i stanowisko różnych grup władzy.

dlatego sądzę, że już najwyższy czas, byśmy zmienili taktykę, powielając przykłady innych, szukając pomocy prawnej poza naszym krajem. Taka rolę spełniają Międzynarodowe Trybunały. Małymi kroczkami nie da się już naprawić służby farmaceutycznej. W naszej sytuacji konieczne są energiczne i szybkie działania, bo inaczej może się okazać, ze nie mamy już kogo, ani czego reformować, czy też bronić

autor: dr Lidia Czajka

Tagi: apteka, hurtownia, współpraca, aptekarz
1 | 2 |